Wojna nie przerwała tej tradycji. Stan wojenny jej nie zniszczył. Nawet pandemia nie dała rady. A jednak w 2025 roku, po raz pierwszy od dekad, w Wigilię na Rynku Głównym nie pojawiły się krakowskie kwiaciarki.
Zwyczaj składania kwiatów w dniu imienin wieszcza, przypadających 24 grudnia, był kontynuowany przez pokolenia krakowskich kwiaciarek – niezależnie od sytuacji politycznej czy społecznej. Kwiaty pod pomnikiem pojawiały się nawet w czasach okupacji niemieckiej, mimo że sam monument został wówczas zburzony. Tradycja przetrwała również stan wojenny i pandemię COVID-19. Co roku mieszkanki Krakowa – często od pokoleń związane z handlem kwiatami – przynosiły pod „Adasia” wieniec w barwach narodowych i częstowały przechodniów jemiołą, życząc szczęścia na nadchodzący rok.
Tym razem pomnik pozostał pusty. Wśród obecnych na Rynku mieszkańców i turystów panowało zaskoczenie i niedowierzanie. W godzinach wieczornych 24 grudnia otrzymaliśmy oficjalne oświadczenie przedstawicielki środowiska kwiaciarek, wyjaśniające powody tej decyzji.
„Z ciężkim sercem podjęłyśmy wspólnie decyzję o nieskładaniu w tym roku kwiatów. Chcemy zwrócić uwagę, że władze miasta nie szanują tradycji krakowskich kwiaciarek. Taka polityka może naszym zdaniem w najbliższym czasie doprowadzić do zaprzestania sprzedaży kwiatów na Rynku” – napisała Renata Zgałat-Łozińska. Jak poinformowała, dotychczasowa umowa dzierżawy wygasła 30 września i nie została przedłużona. Kwiaciarki wiedzą jedynie o planowanym na drugi kwartał 2026 roku przetargu, ale nie znają jego warunków ani zasad. Podkreślają, że nie zostały zaangażowane w proces projektowania nowych stoisk.
Do sprawy wracamy po raz kolejny – pod koniec listopada informowaliśmy o planowanych przez miasto zmianach dotyczących funkcjonowania stoisk kwiatowych na Rynku. Zgodnie z zapowiedziami magistratu, dotychczasowy model – oparty na dzierżawie terenu przez spółkę kwiaciarek – ma zostać zastąpiony systemem przetargowym, identycznym jak w przypadku stoisk z pamiątkami, obwarzankami czy lodami. Władze miasta argumentują, że zmiana ma na celu ujednolicenie zasad i zwiększenie przejrzystości. Jednocześnie deklarują, że „priorytetem pozostaje zachowanie tradycji”. Kwiaciarki mogą prowadzić działalność do końca kwietnia 2026 roku, jednak – jak same zaznaczają – nie mają żadnej gwarancji, że po przetargu nadal będą obecne na Rynku.
„Boimy się, że stracimy miejsce, gdzie pracowały nasze mamy i babcie, a nas zastąpią obcokrajowcy. Nowe stoiska są projektowane bez żadnego naszego udziału. Czujemy się bezsilne, bo to dla nas więcej niż praca” – czytamy w przesłanym do naszej redakcji oświadczeniu.
Przez lata krakowskie kwiaciarki nie były jedynie sprzedawczyniami kwiatów. Stanowiły stały element Rynku, rozpoznawalny i oswojony, wpisany w codzienność miasta równie mocno jak bruk pod Sukiennicami. Wiedziały, kto po co przychodzi: czy bukiet ma być na pierwsze spotkanie, czy na próbę naprawienia relacji, czy na pożegnanie. Ich stoiska były miejscem rozmów, rad i krótkich historii, które układały się w nieformalną kronikę krakowian. To tam kupowało się kwiaty na egzaminy, śluby, pogrzeby, rocznice i chwile, które trudno było ubrać w słowa.
Dziś ten świat zderza się z procedurą przetargową – narzędziem stworzonym do porządkowania przestrzeni handlowej, ale niekoniecznie do ochrony ciągłości tradycji. Przetarg nie pamięta nazwisk ani dekad spędzonych w jednym miejscu. Liczy się oferta, nie historia. I właśnie tu pojawia się zasadniczy problem: nawet przy najlepszych intencjach miasta, formalny mechanizm może okazać się bezwzględny. Jest sprawiedliwy w teorii, lecz w praktyce działa jak ciężki walec – przejeżdża po wszystkich tak samo.
Czy zatem kwiaty znikną z Rynku? Urzędnicy uspokajają, że nie ma takiego planu i podkreślają znaczenie zachowania tradycji. Pytanie brzmi jednak nie „czy”, lecz „w jakiej formie”. W rozmowach z mieszkańcami regularnie powraca obawa, że po przetargu miejsce znanych stoisk zajmą jednolite, estetyczne punkty, pozbawione lokalnego charakteru, a sprzedawcy będą rotować jak w sieciowych sklepach. Zamiast żywej relacji – produkt. Zamiast pamięci – stylizacja.
To scenariusz pesymistyczny, ale nieoderwany od rzeczywistości. Rynek już nieraz pokazywał, że procesy komercjalizacji potrafią wyprzeć lokalność szybciej, niż zdąży się ona obronić. A jeśli kiedyś ktoś dojdzie do wniosku, że najbardziej „efektywnym” rozwiązaniem będą automaty z bukietami? Wtedy tradycja zostanie już tylko hasłem w uzasadnieniu decyzji.





















