„Architektura to coś więcej niż rysunek. To sposób myślenia o świecie” (ROZMOWA PULSU)

O jego historii mówiła cała Polska. Daniel Nowak, Student Politechniki Krakowskiej, który trafił do międzynarodowych struktur Royal Institute of British Architects (RIBA), rozpętał w sieci małą burzę – choć sam zupełnie się tego nie spodziewał. Dziś opowiada, jak wygląda praca w jednej z najważniejszych organizacji architektonicznych świata, jak narodził się jego autorski projekt RIBA Week, i dlaczego Kraków wciąż uważa za miasto z bajki.

Zanim przejdziemy do szczegółów, zacznijmy od początku. Nie mogę nie zapytać – jak to się w ogóle stało, że trafiłeś do RIBA? To była spontaniczna decyzja, czy raczej długo planowany krok?

Daniel Nowak: To wyszło trochę przypadkiem, trochę z ciekawości. Na początku to była dla mnie zupełna abstrakcja. Byłem wtedy na pierwszym albo drugim roku studiów i działałem w samorządzie studenckim. Dowiedzieliśmy się, że na Politechnikę Krakowską przyjedzie wizytacja z RIBA – i że mamy zorganizować spotkanie ze studentami. Wtedy pierwszy raz w życiu usłyszałem, czym w ogóle jest RIBA. Dopiero nasza przewodnicząca nam to wytłumaczyła, bo sama wcześniej też nie wiedziała.
Okazało się, że to coś naprawdę wyjątkowego – akredytacja RIBA to potwierdzenie, że uczelnia kształci na poziomie porównywalnym z najlepszymi uniwersytetami brytyjskimi. Uczelnie z taką akredytacją wyróżniają się wysokim standardem nauczania, a studenci dostają dodatkowy dyplom potwierdzający te kwalifikacje. Ja na swój jeszcze czekam – ma być wręczany w najbliższym czasie. Podczas tamtego spotkania dowiedziałem się też, że członkostwo studenckie w RIBA jest darmowe. Wiele osób o tym nie wie, a to ogromna szansa – bo RIBA organizuje wymiany, praktyki, szkolenia i programy mentorskie. Wtedy się zarejestrowałem i zacząłem śledzić, co się dzieje na ich stronie.

I to wystarczyło, żebyś znalazł się w międzynarodowych strukturach?
Jeszcze nie. Dopiero później, kiedy byłem na Erasmusie w Mediolanie, dostałem maila, że w tym mieście odbędzie się konferencja RIBA. Pomyślałem: „Czemu nie?”. Choć przyznam, że gdyby nie przyjaciółka, to bym nie poszedł. Wtedy miałem taki moment, że nic mi się nie chciało, ale ona mnie dosłownie wypchnęła z domu. I poszedłem – oczywiście spóźniony, bo to u mnie standard (śmiech).
To było spotkanie na uniwersytecie Bocconi. Po wykładach była część integracyjna w barze, z przekąskami i rozmowami. Dla mnie to było niesamowite przeżycie. W systemie anglosaskim nie ma dystansu, który znamy z polskich uczelni – tam wszyscy mówią sobie po imieniu. Siedział przede mną prezydent RIBA i rozmawiał ze mną jak równy z równym. To było bardzo inspirujące.

Czyli to właśnie wtedy zaczęła się Twoja przygoda z RIBA na poważnie?
Tak. Po tej konferencji zaprosili mnie na prywatny event następnego dnia. Rozmawialiśmy o tym, jak RIBA planuje się rozwijać, jak powstają nowe oddziały, jakie są pomysły na przyszłość. Krok po kroku zacząłem się w to wciągać. Później pojawiały się kolejne spotkania – choćby konferencja we Frankfurcie nad Menem. Z każdym z nich miałem coraz więcej pomysłów i kontaktów.
W końcu dotarła do mnie informacja, że w ramach nowego europejskiego oddziału będą wybory do zarządu nowego oddziału RIBA w Europie, w tym przedstawiciela studentów. Kandydować mógł każdy, ale kilka osób – w tym ja – zostało dodatkowo zachęconych. Trzeba było przygotować cały program wyborczy, swoje zdjęcie, opis celów. Wysłałem zgłoszenie i… wygrałem.

Jak zareagowałeś, kiedy się o tym dowiedziałeś?
Szczerze? Byłem w szoku. Nie docierało do mnie, jak duża to sprawa. Ale byłem też niesamowicie szczęśliwy. Uwielbiam Wielką Brytanię i samą ideę RIBA – to ogromna struktura, pełna ludzi, którzy naprawdę wierzą w wartość architektury i edukacji.

Co właściwie robi przedstawiciel studentów RIBA w Europie?
Oficjalnie jestem łącznikiem między studentami a strukturami RIBA. W praktyce mam pod sobą dwanaście uniwersytetów z akredytacją, rozsianych po całej Europie – od Hiszpanii po Gruzję. Z każdym z nich jestem w kontakcie, ustalam spotkania i pomagam w budowaniu sieci współpracy. Stworzyłem też coś w rodzaju rady – Committee for Students, w której każdy uniwersytet ma swojego reprezentanta. Regularnie się spotykamy, wymieniamy doświadczenia, planujemy wspólne działania. Z tego właśnie narodził się mój autorski projekt – RIBA Week.

Brzmi ambitnie. Skąd pomysł na RIBA Week?
Z potrzeby. Zastanawiałem się, czego mi brakowało jako studentowi i co sam chciałbym przeżyć. I tak powstał pomysł na tydzień spotkań, warsztatów i prezentacji – poświęconych architekturze, studentom i wymianie doświadczeń między uczelniami. To był jeden z trzech głównych punktów mojego programu wyborczego. Obok RIBA Week zaproponowałem też stworzenie międzynarodowych wymian między akredytowanymi uczelniami – zarówno dla studentów, jak i profesorów – oraz platformy współpracy projektowej.
Pierwsza edycja RIBA Week ma odbyć się w formule hybrydowej – częściowo online, częściowo stacjonarnie. Każdy dzień tygodnia będzie miał własny temat, a uczestniczyć będą uczelnie z Krakowa, Madrytu, Sofii, Tbilisi i Dublina. Wkrótce dołączą też szkoły z Danii, Francji i Liechtensteinu.

Co dokładnie będzie się działo podczas tego tygodnia?
Od poniedziałku do piątku – codzienne spotkania i prezentacje, podczas których uczelnie będą się łączyć online. Studenci zobaczą się nawzajem, wymienią pomysły i zaprezentują swoje projekty. Najważniejszy będzie czwartek – dzień lokalny. Każdy uniwersytet zorganizuje wtedy własną mini-konferencję z udziałem gości: architektów, profesorów, przedstawicieli RIBA i firm projektowych. Chodzi o to, żeby studenci mogli bezpośrednio porozmawiać z ludźmi z branży, zadać pytania, nawiązać kontakty. Będą też dwa konkursy – Na razie jednak nie chcę zdradzać ich treści, aby polska uczelnia nie miała przewagi nad innymi – trzeba grać fair! Chcemy, żeby to była platforma wymiany inspiracji, a nie tylko prezentacja.

A jak na Twoje zwycięstwo i działalność zareagowali wykładowcy i koledzy z Politechniki Krakowskiej?
Początkowo… właściwie bez echa. Wiedzieli najbliżsi znajomi, ale ja też się tym nie chwaliłem. Nie pisałem na grupach, nie ogłaszałem się. A potem nagle to wybuchło – artykuły w internecie, Onet, Architectural Snob, no i u was. Byłem w szoku. Na Biennale Architektury w Krakowie podeszła do mnie pani dziekan i pogratulowała. Wtedy dotarło do mnie, że to naprawdę duża rzecz. Było mi bardzo miło, a znajomi gratulowali i dopytywali o szczegóły.

Co daje studentowi taka akredytacja uczelni?
Przede wszystkim gwarancję wysokiego poziomu kształcenia. Uczelnia z akredytacją RIBA zobowiązuje się do utrzymania określonych standardów i ich stałego rozwoju. To nie jest certyfikat na zawsze – odnawia się go co kilka lat, więc uczelnia musi wciąż się doskonalić.
Dla studenta to konkretne korzyści: większe możliwości pracy w międzynarodowych biurach, lepsze przygotowanie praktyczne, no i prestiż. W środowisku architektów RIBA to marka. Kiedy pracodawca widzi w CV dyplom z uczelni akredytowanej przez RIBA, od razu zwraca uwagę.
Poza tym członkowie studenccy mają dostęp do ogromnej liczby darmowych szkoleń, warsztatów, materiałów. To realne wsparcie w rozwoju zawodowym.

Studiowałeś też w Mediolanie. Jak porównałbyś podejście do architektury w Polsce i za granicą?
Różnice są ogromne. W Polsce architekt jest przede wszystkim inżynierem – odpowiedzialnym za wszystko, od projektu po detale konstrukcyjne. Cała odpowiedzialność spada na niego, nawet jeśli błąd popełni wykonawca. Za granicą to wygląda zupełnie inaczej. Tam architekt to bardziej twórca, artysta, ktoś, kto projektuje koncepcję i przekazuje ją dalej zespołowi inżynierów. W Polsce – my projektujemy i podpisujemy, a oni tam tworzą. To inne myślenie o zawodzie.

Kraków też Cię inspiruje?
Bardzo. To miasto jak z bajki – rynek, stare miasto, forty, zabytki, ale też przykłady architektury powojennej, które dziś zyskują nowe życie. Dla mnie inspirujący jest nawet Hotel Forum – symbol brutalizmu, który wciąż wywołuje emocje. Kraków ma w sobie wiele warstw: średniowieczny plan szachownicy, modernistyczno-socrealistyczną Nową Hutę, układ urbanistyczny w kształcie litery X, który wpływa na komunikację. To kopalnia tematów i pomysłów.

Gdybyś mógł zaprojektować coś w Krakowie, co by to było?
Marzy mi się ogród Biennale – taki jak w Wenecji. Miejsce, w którym architektura spotyka się ze sztuką, naturą i przestrzenią publiczną. Gdyby dało się stworzyć coś takiego na Błoniach, to projektowałbym dniami i nocami.

Myślisz o karierze zagranicznej, czy chcesz zostać w Krakowie?

Chciałbym działać międzynarodowo, ale Krakowa nie zostawię. To moje miasto, tu się urodziłem i wychowałem. W Polsce jest też wiele możliwości – wiele programów, grantów, inicjatyw dla młodych architektów. Ale marzę o tym, by znaleźć swoje miejsce, gdzie będę w pełni sobą.

Co powiedziałbyś młodszym studentom, którzy boją się próbować, bo myślą, że RIBA to nie dla nich?
Powiedziałbym: próbujcie. Spróbowanie nic nie kosztuje. Najwyżej się nie uda, ale wtedy przynajmniej będziecie wiedzieć, że spróbowaliście. Zawsze powtarzam: Sky is the limit. Architektura jest dla wszystkich. Każdy może znaleźć w niej swoje miejsce.

Pod jednym z postów pojawiło się sporo komentarzy, nie zawsze życzliwych. Jak radzisz sobie z hejtem?
Szczerze? W ogóle się tym nie przejmuję. Nie ma sensu. Po co mam się martwić opinią kogoś, o kim nawet nie wiem, że istnieje? Oni mogą pisać, a ja w tym czasie robię swoje – na przykład rozmawiam teraz z tobą (śmiech). Za granicą nigdy nie spotkałem się z negatywnymi reakcjami. W Polsce czasem się zdarza – ktoś spojrzy krzywo, skomentuje. Ale to tylko motywuje, żeby robić swoje.

To na koniec coś lżejszego – wiele osób w komentarzach zwracało uwagę na twoje włosy. Jak reagujesz na takie komplementy?
(śmiech) Komplement to komplement, zawsze miły. Było kilka naprawdę zabawnych komentarzy, jeden mnie szczególnie rozbawił: „Nawet ładna ale ja niestety nie jestem zainteresowany. No cóż – poczucie humoru ludzi czasem mnie zachwyca.

Dziękuję za rozmowę.
Ja również dziękuję, było mi bardzo miło.

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry