Co się stanie, gdy dług Krakowa przekroczy 9,5 miliarda złotych?

źródło: PulsKrakowa.pl

Kraków żyje na kredyt. W tym roku zadłużenie miasta sięgnie 7,8 miliarda złotych – najwięcej w historii. W przyszłym przekroczy 8,5 miliarda, a jeśli obecne tempo się utrzyma, w 2027 roku może dojść do 9,5 miliarda złotych. To moment, w którym dług zrówna się z rocznym budżetem miasta. A wtedy – jak mówią ekonomiści – system sam się zablokuje.

Prezydent Aleksander Miszalski podczas ostatniej sesji Rady Miasta przekonywał, że sytuacja jest „stabilna i niegroźna”. – „Nie ma katastrofy budżetowej, finanse miasta są pod kontrolą” – mówił. Wskazywał, że deficyt operacyjny, czyli różnica między dochodami a wydatkami bieżącymi, zmniejszył się z 740 milionów złotych w 2023 roku do 84 milionów w tym. – „To pokazuje, że potrafimy reagować, że potrafimy szukać oszczędności” – dodał.

I to prawda – deficyt maleje. Ale równocześnie dług rośnie szybciej niż spada dziura w budżecie. W 2023 roku zadłużenie wzrosło o 1,35 miliarda złotych, w 2024 o kolejne 800 milionów, a w tym roku o następny miliard. W trzy lata Kraków pożyczył ponad 3 miliardy złotych.

Prezydent tłumaczył, że to dług „inwestycyjny”, a więc lepszy niż ten „na przetrwanie”. – „Jeżeli zaciągamy dług na inwestycje, to nie jest to nic złego, ponieważ z czegoś inwestować trzeba” – mówił. Ale to politycznie atrakcyjne zdanie, a ekonomicznie ryzykowne. Bo jeśli rozwój odbywa się wyłącznie na kredyt, w końcu przychodzi moment, gdy bank przestaje pożyczać. A tym bankiem – w przypadku samorządów – jest Regionalna Izba Obrachunkowa.

Kraków ma dziś roczne dochody w wysokości około 9,4 miliarda złotych, a dług stanowi 83 procent tej kwoty. Dwa lata temu było to 89 procent, więc władze miasta mówią o „poprawie”. Ale to tylko chwilowy efekt, bo dochody faktycznie rosną – miasto spodziewa się w 2026 roku wpływów rzędu 9,8 miliarda złotych, a w 2027 nawet 10 miliardów. Problem w tym, że wzrost przychodów niemal w całości pochłoną wyższe wydatki i koszty spłaty kredytów.

Koszt obsługi długu wzrósł z 60 milionów złotych w 2021 roku do ponad 400 milionów złotych obecnie. To kwota, która nie idzie na żadne inwestycje, tylko na odsetki – a więc pieniądze, których już nigdy nie odzyskamy. Miszalski skomentował to półżartem: – „Jeżeli ktoś chce obniżki stóp procentowych, niech napisze rezolucję do prezesa Glapińskiego”.

TYM ŻYJE KRAKÓW: „Rolujemy Kraków”. Radni o długu miasta: spirala, z której nie ma wyjścia

Według ustawy o finansach publicznych dług samorządu nie może przekroczyć jego rocznych dochodów. Jeśli zadłużenie zrówna się z budżetem – czyli przekroczy 9,5 miliarda złotych – Regionalna Izba Obrachunkowa zablokuje budżet miasta. Kraków nie będzie mógł zaciągać nowych kredytów, nie uzyska zgody na emisję obligacji, a każda inwestycja wymagająca wkładu własnego stanie. Miasto będzie musiało przygotować program naprawczy – plan drastycznych oszczędności, który zamrozi rozwój na lata.

W takiej sytuacji Regionalna Izba Obrachunkowa nie tylko „zwróci uwagę” miastu, ale w praktyce przejmie nadzór nad jego finansami. To właśnie RIO sprawdza, czy budżet i wieloletnia prognoza finansowa spełniają wymogi ustawy o finansach publicznych. Jeśli relacja długu i kosztów jego obsługi do dochodów bieżących przekroczy dopuszczalny limit, Izba może odmówić zatwierdzenia budżetu i zobowiązać prezydenta do jego natychmiastowej korekty. Wtedy nie ma już miejsca na uznaniowość czy polityczne tłumaczenia – budżet po prostu nie wejdzie w życie. Miasto nie będzie mogło podpisać nowych umów kredytowych, nie wyemituje obligacji, a banki komercyjne i instytucje finansowe automatycznie wstrzymają wszelkie negocjacje, bo bez pozytywnej opinii RIO samorząd staje się niewiarygodnym dłużnikiem.

To nie jest abstrakcyjna sankcja. Regionalna Izba Obrachunkowa działa jak finansowy strażnik konstytucyjny: nie pozwala samorządom żyć ponad stan. Jeśli Kraków przekroczy próg 100 procent relacji długu do dochodów, Izba wprowadzi rygor nadzorczy, który może oznaczać konieczność przyjęcia tzw. programu naprawczego. To dokument narzucony z góry – nie konsultowany z radnymi, nie poddawany głosowaniu – który wymusza określone działania: cięcia wydatków bieżących, wstrzymanie inwestycji, redukcję zatrudnienia, podwyżki lokalnych opłat. W praktyce RIO nie „doradza”, tylko dyktuje, jak miasto ma się ratować. Jeśli prezydent nie dostosuje się do zaleceń, Izba może sama ustalić plan finansowy miasta, a nawet skierować sprawę do wojewody.

W skrajnym scenariuszu, jeśli sytuacja się nie poprawi, wojewoda ma prawo wprowadzić zarząd komisaryczny – czyli de facto odebrać miastu kontrolę nad jego pieniędzmi. Taki komisarz, wyznaczony przez administrację rządową, ma pełnię władzy budżetowej: decyduje, co finansować, a co wstrzymać, bez pytania o zgodę rady miasta. Dla Krakowa oznaczałoby to utracenie finansowej autonomii, ograniczenie decyzji inwestycyjnych do minimum i przymusowe „zaciskanie pasa” – nie na rok czy dwa, lecz na całe lata. W tym czasie każda złotówka, każdy przetarg, każdy remont musiałby przejść przez biurokratyczne sito Izby i wojewody.

Krótko mówiąc: jeśli Kraków przekroczy próg 9,5 miliarda długu, nie zbankrutuje, ale zostanie objęty finansowym nadzorem. Miasto nie przestanie istnieć, ale przestanie decydować o sobie. Regionalna Izba Obrachunkowa stanie się wtedy nie tyle kontrolerem, co zarządcą bo decyzje o pieniądzach zapadną gdzie indziej – na biurku w RIO, a nie w magistracie przy pl. Wszystkich Świętych. W praktyce oznaczałoby to cięcia w kulturze, administracji, transporcie, pomocy społecznej, a nawet w utrzymaniu szkół. Tymczasem tylko w oświacie miasto dopłaca rocznie ponad miliard złotych więcej, niż dostaje z budżetu państwa. Miszalski przyznał: – „To największe obciążenie dla samorządu, luka oświatowa wynosi 1,5 miliarda złotych”.

Granica 9,5 miliarda złotych długu, uznawana dziś za niebezpieczną, za dwa–trzy lata może być już tylko teoretyczna. Jeśli dochody budżetu przekroczą 10 miliardów, sam próg 100 procent długu automatycznie przesunie się w górę. Ale to nie znaczy, że sytuacja się poprawi – bo prawdziwy problem leży w proporcji między pieniędzmi zarabianymi a wydawanymi. Kraków będzie mieć większy budżet, lecz wciąż zdominowany przez wydatki stałe i spłatę zobowiązań. Innymi słowy: większe liczby na papierze, ale mniej wolnych środków w kasie.

Warto też pamiętać, że prognozy wzrostu dochodów nie są gwarancją. Kraków zakłada, że wpływy z podatków i subwencji będą rosły, ale to założenie łatwo może się rozsypać. Wystarczy spowolnienie gospodarcze, wzrost bezrobocia albo kolejna reforma podatkowa wprowadzona przez rząd, by dochody samorządów nagle spadły. Już w czasie Polskiego Ładu miasto straciło kilkaset milionów złotych wpływów z PIT, których nie udało się w pełni odzyskać. Do tego dochodzi inflacja – im wyższe ceny usług, energii i wynagrodzeń, tym większe wydatki bieżące. W efekcie nawet jeśli dochody nominalnie wzrosną do 10 miliardów złotych, realnie Kraków może mieć mniej pieniędzy do dyspozycji niż dziś. Takie załamanie równowagi byłoby szczególnie groźne w momencie, gdy rosną koszty obsługi długu i przygotowania wielkich inwestycji, jak metro.

Na tym tle pojawia się jeszcze jeden temat – metro. Według dokumentów planistycznych koszt jego budowy ma wynieść co najmniej 15 miliardów złotych, choć w kuluarach urzędnicy mówią nawet o 30 miliardach. Wkład własny miasta to od 10 do 15 procent. To oznacza, że Kraków musiałby wyłożyć od 1,5 do nawet 4,5 miliarda złotych. I tych pieniędzy miasto nie ma. Nie ma też możliwości, by wyłożyć je z bieżących dochodów, bo każda nadwyżka jest już zarezerwowana na spłatę zadłużenia. Oznacza to jedno: jeśli metro powstanie, jego wkład własny również stanie się nowym długiem. A wtedy całkowite zadłużenie Krakowa może przekroczyć 10 miliardów złotych.

TYLKO U NAS: Metro w Krakowie może kosztować dwa razy więcej. Prezydent pokazuje wizualizacje, radni liczą miliardy

– „Nie będziemy oszczędzać na inwestycjach, bo Kraków musi się rozwijać” – powtarza Miszalski. Ale rozwój finansowany pożyczkami to rozwój na kredyt. I choć prezydent ma rację, że „nie grozi nam katastrofa budżetowa”, to przy długu przekraczającym 9,5 miliarda złotych grozić nam zacznie blokada finansowa.

Kiedy dług zrówna się z budżetem, miasto przestanie być wiarygodne jako kredytobiorca. RIO nie pozwoli na kolejne emisje obligacji. Nowe inwestycje staną. Wtedy nie wystarczy już mówić o stabilności – trzeba będzie zacząć spłacać rachunki za wszystkie poprzednie obietnice. Dług Krakowa dziś to 7,8 miliarda złotych. Za rok – ponad osiem i pół. Za dwa lata – dziewięć. A kiedy licznik pokaże 9,5 miliarda, skończy się czas prezentacji i konferencji prasowych. Bo wtedy skończy się prawo do zadłużania. A wraz z nim – prawo do rozwoju na kredyt.

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry