To miał być mecz na przełamanie, ale skończył się kolejną kompromitacją. Cracovia w piątkowy wieczór nie miała nic do powiedzenia w starciu z Radomiakiem Radom. „Zieloni” wygrali pewnie 3:0, pokazując różnicę w zaangażowaniu, pomyśle na grę i skuteczności. Podopieczni Gonçala Feio się rozpędzają, a krakowianie – niestety – coraz bardziej zwalniają.
Jeszcze kilka tygodni temu mówiło się, że Cracovia może walczyć o czołówkę tabeli. Tymczasem listopad przyniósł bolesne zderzenie z rzeczywistością. Zespół Luki Elsnera przegrał trzeci mecz z rzędu na wyjeździe, nie zdobył w nich ani jednego gola i znów wygląda tak, jak w najgorszym fragmencie poprzedniego sezonu, gdy od listopada zaczął tracić wszystko, co wcześniej wypracował.
Przez pierwsze 45 minut można było mieć wrażenie, że oba zespoły przyszły tylko, by rozegrać ten mecz i jak najszybciej wrócić do szatni. Radomiak i Cracovia uparcie unikali ryzyka, kasując się nawzajem w środku pola. Jedyną próbę emocji wywołał Maurides, który uderzył z dystansu, ale Sebastian Madejski był czujny. Po drugiej stronie boiska również niewiele się działo – Cracovia nie oddała ani jednego celnego strzału.
Zaraz po przerwie Radomiak przyspieszył i od razu zobaczył efekty. W 48. minucie Jan Grzesik podał idealnie do Capity, który uciekł Piłe i spokojnie pokonał Madejskiego. To był moment, który otworzył mecz i… zamknął Cracovię. Goście nie potrafili odpowiedzieć niczym sensownym.
Krakowianie próbowali grać piłką, ale brakowało im konkretów. Szukali rozwiązań tam, gdzie wystarczyło proste przyspieszenie akcji. Najlepszą sytuację mieli po rzucie rożnym, gdy Mauro Perković główkował z bliska, lecz Ibrahima Camara wybił piłkę z linii bramkowej. Po chwili przyszła kara – w 64. minucie Radomiak wykonał stały fragment tak, jak należy. Po ponowieniu dośrodkowania Alves posłał piłkę na głowę Grzesika, a ten wykorzystał bierność obrońców Cracovii i podwyższył na 2:0. Bosko Sutalo, Mateusz Klich i Martin Minczew tylko się na siebie patrzyli. Nikt nie zareagował.
PO DRUGIEJ STRONIE BŁOŃ: Wędliny spotkają się z piłką. Szubryt nowym sponsorem Wisły Kraków
Po drugim golu mecz stał się jednostronny. Radomiak kontrolował tempo, Cracovia miotała się bez planu. Próba Oskara Wójcika z 76. minuty była jedynym momentem, gdy Filip Majchrowicz musiał się naprawdę wysilić. Poza tym – cisza. Brak energii, brak wiary, brak czegokolwiek, co mogłoby zagrozić gospodarzom. Kiedy w doliczonym czasie gry sędzia Jarosław Przybył, po analizie VAR, podyktował rzut karny dla Radomiaka za faul na Mauridesie, nikt już nie miał wątpliwości, że to koniec. Roberto Alves wykorzystał „jedenastkę”, ustalając wynik na 3:0.
Dla Gonçala Feio to drugi mecz w roli trenera Radomiaka i drugie zwycięstwo. Jego drużyna zaczyna przypominać maszynę do punktowania – skuteczną, agresywną, z wyraźnym planem. Jan Grzesik i Capita stanowili duet, który siał postrach na skrzydłach, a środek pola z Camarą i Wolskim skutecznie odcinał Cracovię od własnych atutów.
Po przeciwnej stronie widać było coś odwrotnego. Luka Elsner jest konsekwentny w doborze składu, ale jego zespół traci świeżość. Gra przewidywalnie, bez tempa i bez determinacji. W Radomiu znów zabrakło lidera – Mateusz Klich był niewidoczny, a ofensywni pomocnicy nie potrafili wymienić kilku podań pod presją.
Cracovia przegrała trzeci kolejny mecz na wyjeździe i wciąż ma problem z wypracowaniem stylu, który gwarantowałby stabilność. Kibice, jeszcze niedawno chwalący zespół za dobrą organizację gry, zaczynają tracić cierpliwość. Pytanie, ile jeszcze porażek z rzędu wystarczy, by w klubie ktoś uznał, że potrzebne są poważne wnioski. Radomiak natomiast, po wygranej 3:0, zrównał się punktami z Cracovią i awansował na czwarte miejsce w tabeli. W Radomiu mogą mówić o nowym otwarciu. W Krakowie – znów o kryzysie.





















