Edward Nowak przekonuje, że wystąpił do sądu „w obronie zasad demokratycznych”. Sąd pierwszej instancji jego protest oddalił, ale były poseł, wiceprezydent Krakowa, wiceminister i prezes państwowej spółki nie zamierza na tym rozstrzygnięciu poprzestać. Złożył 65-stronicowe zażalenie, a termin wyborów ponownie się oddalił. Nowak ma do tego prawo. Krakowianie mają natomiast prawo ocenić, czy obrona demokracji nie stała się w jego wykonaniu demonstracją proceduralnego uporu i przekonania, że to on wie lepiej od mieszkańców.
Edward Nowak wystąpił do sądu – jak sam mówi – „w obronie zasad demokratycznych”. To sformułowanie brzmi podniośle. Ustawia autora protestu po właściwej stronie historii jeszcze przed rozpoczęciem rozmowy. Nowak broni demokracji, a zatem każdy, kto krytykuje jego działania, ryzykuje znalezienie się po stronie tych, którzy demokratyczne standardy lekceważą.
To wygodna konstrukcja. Pozwala przedstawiać własną decyzję nie jako wybór podlegający publicznej ocenie, lecz niemal jako moralny obowiązek. Nowak nie składa już tylko protestu. On strzeże zasad. Nie korzysta jedynie z procedury. On broni ustroju. Problem polega na tym, że demokracja nie ustanowiła Edwarda Nowaka swoim jednoosobowym rzecznikiem.
A praktycznym skutkiem jego działań nie jest dziś przywrócenie mieszkańcom prawa głosu, tylko kolejne odsunięcie wyborów prezydenta Krakowa. W imię ochrony standardów referendum Nowak doprowadził do sytuacji, w której mieszkańcy nie mogą przystąpić do następnych wyborów.
65 stron zażalenia
Edward Nowak miał wątpliwości dotyczące ciszy referendalnej. Złożył protest. Sąd go rozpoznał. To rozstrzygnięcie nie odpowiadało Nowakowi. Wystąpił więc o pisemne uzasadnienie, a następnie złożył zażalenie. Dokument liczy 65 stron. Nowak przekonuje, że sąd błędnie oceniał poszczególne przypadki oddzielnie, zamiast spojrzeć na ich skumulowany wpływ. Ma prawo uważać, że sąd się pomylił.
Nowak podkreśla obszerność zażalenia. Dokument ma być szczegółowy, pełen danych i argumentów. Sama liczba stron zaczęła funkcjonować w przestrzeni publicznej niemal jako osobny dowód powagi sprawy. Tyle że demokracja nie jest konkursem na najgrubsze pismo procesowe.
Sześćdziesiąt pięć stron może zawierać znakomitą argumentację. Może również zawierać tę samą tezę przedstawioną na dziesiątki sposobów. O wartości zażalenia zdecyduje sąd, nie jego objętość. W komunikacie po oddaleniu protestu Sąd Okręgowy bardzo jasno wskazał problem z materiałem przedstawionym przez Nowaka. Liczba wyświetleń i internetowych interakcji nie pozwalała ustalić, ilu odbiorców było mieszkańcami Krakowa uprawnionymi do głosowania, ilu zobaczyło materiały podczas ciszy oraz ilu rzeczywiście zdecydowało się pod ich wpływem uczestniczyć w referendum.
To nie jest formalistyczny wybieg sądu. To zasadnicze pytanie o dowód. Edward Nowak kwestionuje wynik demokratycznego głosowania. Nie wystarczy więc wykazać, że w internecie działy się rzeczy naganne albo niezgodne z przepisami. Trzeba przekonująco pokazać, że mogły one zmienić wynik referendum. Nowak tego w pierwszej instancji nie wykazał. Nie zaakceptował jednak dokonanej przez sąd oceny materiału dowodowego. Odpowiedział 65-stronicowym zażaleniem, w którym domaga się spojrzenia na wszystkie naruszenia łącznie. Sama liczba materiałów nadal nie może jednak zastąpić dowodu ich wpływu.
Nowak – były poseł i wiceprezydent Krakowa
Edward Nowak bywa przedstawiany jako mieszkaniec Krakowa, obywatel zaniepokojony standardami demokratycznymi i były opozycjonista. Wszystkie te określenia są prawdziwe. Są też głęboko niepełne. Nowak nie jest nieznającym procedur obywatelem, który po raz pierwszy zetknął się z państwem, sądem i konsekwencjami urzędowych terminów. Był posłem, wiceprezydentem Krakowa, podsekretarzem stanu, doradcą ministra, menedżerem licznych przedsiębiorstw oraz prezesem Bumaru. Przez dziesięciolecia działał wewnątrz administracji, polityki i państwowej gospodarki. Nie jest outsiderem walczącym z niezrozumiałą machiną państwa. Przez dziesięciolecia sam był częścią tej machiny.
Przy takim doświadczeniu powinien doskonale rozumieć działanie procedur, znaczenie terminów oraz konsekwencje przekazania sprawy do kolejnej instancji. Powinien również wiedzieć, że do prawomocnego rozstrzygnięcia premier nie będzie mógł zarządzić wyborów, a każdy kolejny tydzień bez głosowania oznacza dalsze sprawowanie władzy przez komisarza.
Nie można więc traktować konsekwencji zażalenia jako nieprzewidzianego skutku ubocznego. Nowak podjął świadomą decyzję. Być może głęboko wierzy w jej słuszność. Ale właśnie dlatego jego odpowiedzialność jest większa, a nie mniejsza. Nie działał bez wiedzy. Nie został zaskoczony przepisami. Nie wrzucił przypadkowego pisma do sądowej skrzynki. Powinien mieć świadomość, że uruchamia procedurę zatrzymującą polityczny kalendarz całego miasta.
Strażnik z własnej nominacji
W publicznej postawie Nowaka najbardziej razi nie samo zażalenie. Najbardziej razi moralna pewność, z jaką mówi o własnym działaniu. To on broni zasad demokratycznych.
Jakby mieszkańcy, którzy wzięli udział w referendum, zasad tych nie rozumieli. Jakby sąd pierwszej instancji potraktował je lekkomyślnie. Jakby krytycy jego postępowania domagali się przyzwolenia na łamanie ciszy referendalnej. To fałszywa alternatywa.
Można jednocześnie uważać, że cisza została naruszona, i uznać, że nie wykazano wpływu tych naruszeń na ważność głosowania. Można bronić standardów wyborczych i jednocześnie nie próbować unieważniać decyzji mieszkańców bez odpowiednio mocnego dowodu. Tak właśnie zrobił sąd pierwszej instancji: stwierdził naruszenia, ale oddalił protest ze względu na brak wykazania ich istotnego wpływu.
Edward Nowak zachowuje się jednak tak, jakby samo jego przekonanie o doniosłości sprawy miało szczególną wartość. Jakby długość publicznej biografii dawała mu dodatkowe prawo do pouczania miasta, czym jest demokracja. Nie daje. Demokracja nie polega na tym, że najbardziej doświadczony działacz otrzymuje prawo weta wobec decyzji mieszkańców.
Obywatel czy polityk?
Nowak występował w tej sprawie jako obywatel i mieszkaniec, który czuje się manipulowany. Formalnie nie ma w tym nic niewłaściwego. Nie powinien jednak oczekiwać, że opinia publiczna zapomni o reszcie jego życiorysu. Nie protestuje człowiek bez doświadczenia i wpływów. Protestuje były parlamentarzysta, były członek władz miasta, były wysoki urzędnik państwowy i były prezes strategicznej spółki. Puls Krakowa opisywał już, że przedstawianie go wyłącznie jako „mieszkańca” jest skrótem formalnie prawdziwym, ale politycznie niezwykle wygodnym. Jeżeli Edward Nowak zabiera głos jako doświadczony uczestnik życia publicznego, jego decyzje trzeba oceniać z uwzględnieniem politycznego doświadczenia.
Niewykazany wpływ
W rozumowaniu Nowaka kryje się jeszcze jeden problem: sposób, w jaki traktuje mieszkańców. Aby jego protest mógł doprowadzić do podważenia referendum, należało wykazać możliwość wpływu naruszeń na decyzję ponad 17,6 tys. osób. Sąd uznał, że nie przedstawiono dowodów pozwalających powiązać internetowe zasięgi z konkretnymi krakowskimi wyborcami.
Argumentacja Nowaka zakłada, że skumulowane naruszenia ciszy referendalnej mogły zachęcić do udziału w głosowaniu liczbę mieszkańców wystarczającą do przekroczenia ustawowego progu. To poważna teza o rzeczywistej sile internetowej agitacji. Wymaga równie mocnego materiału dowodowego. Nie wystarczy wykazać, że określone publikacje istniały, były naganne albo osiągały duże zasięgi. Trzeba jeszcze przekonująco powiązać je z decyzjami liczby mieszkańców, która przesądziła o ważności referendum. Zdaniem sądu pierwszej instancji Nowak tego nie wykazał. Domaga się podważenia zbiorowej decyzji mieszkańców na podstawie wpływu, którego dotąd nie zdołał udowodnić.
W argumentacji Nowaka pobrzmiewa również wyraźny paternalizm. Przedstawia siebie jako obrońcę mieszkańców przed manipulacją, a jednocześnie zakłada, że tysiące dorosłych Krakowian mogły zostać doprowadzone do urn przez kampanię prowadzoną w mediach społecznościowych.
Nie oznacza to, że Nowak wprost odmawia mieszkańcom zdolności do samodzielnego podejmowania decyzji. Jego argumentacja opiera się jednak na obrazie wyborcy wyjątkowo podatnego na zewnętrzny impuls – człowieka, którego udział w referendum można przypisać wpisom, reklamom i komentarzom publikowanym podczas ciszy.
To właśnie nadaje jego argumentacji paternalistyczny charakter. Edward Nowak przedstawia się jako ten, który lepiej od samych mieszkańców rozumie, kiedy ich demokratyczna decyzja była rzeczywiście samodzielna.
Zgodność z prawem a prawo do politycznej oceny
Najprostsza odpowiedź Nowaka na krytykę brzmi: mam prawo. Oczywiście, że ma. Ma prawo złożyć protest. Ma prawo wystąpić o uzasadnienie. Ma prawo wnieść zażalenie. Ma prawo wykorzystać przewidziany termin. Ale zgodność z prawem nie kończy rozmowy o odpowiedzialności.
Można działać legalnie i nierozsądnie. Można korzystać z prawidłowej procedury bez poczucia proporcji. Można nie łamać żadnego przepisu i jednocześnie wyrządzać realną szkodę publiczną. Zdanie „mam prawo” nie jest odpowiedzią na pytanie, czy skorzystanie z tego prawa było proporcjonalne i odpowiedzialne. Jego uprawnienie procesowe jest faktem. Faktem jest również cena jego wykorzystania: Kraków nadal nie zna terminu wyborów, postanowienie sądu pozostaje nieprawomocne, a postępowanie przechodzi do kolejnej instancji. Prawo Nowaka do zażalenia nie jest ważniejsze niż prawo Krakowian do politycznej oceny jego postawy.
Jeden człowiek, całe miasto w poczekalni
Edward Nowak nie rządzi Krakowem. Nie kandyduje na prezydenta. Nie odpowiada za miejskie finanse, transport, inwestycje ani administrację. A jednak jego decyzja ma wpływ na wszystkie te obszary, ponieważ przesądza o dalszym trwaniu okresu komisarycznego.
Nie trzeba formułować podejrzeń o istnieniu tajnego planu ani porozumienia ze Stanisławem Kracikiem, aby dostrzec oczywisty skutek. Każdy tydzień sądowego postępowania jest kolejnym tygodniem rządów człowieka wskazanego przez premiera, a nie wybranego bezpośrednio przez mieszkańców.
Nowak nie ponosi kosztów tej decyzji sam. Nie czeka samotnie w sądowym korytarzu. Razem z nim czeka całe miasto. Czekają potencjalni kandydaci. Czekają komitety. Czekają mieszkańcy. Czeka demokratyczny kalendarz Krakowa. To decyzja Edwarda Nowaka o wniesieniu zażalenia sprawiła, że oczekiwanie będzie trwało dalej.
Kraków nie musi podziwiać tego uporu
Edward Nowak ma prawo do zażalenia. Nie może jednak wymagać od Krakowian, by jego proceduralną konsekwencję uznali za obywatelską cnotę.
Nie muszą podziwiać człowieka tylko dlatego, że wykorzystał dostępny termin. Nie muszą uznawać długości pisma za miarę siły argumentów. Nie muszą przyjmować za pewnik, że ktoś, kto mówi o obronie demokracji, rzeczywiście zawsze działa w jej najlepiej pojętym interesie.
Mogą uznać, że Edward Nowak przesadził. Że nie zachował proporcji między wagą stwierdzonych naruszeń a skutkami próby podważenia całego referendum. Że zbyt łatwo postawił własną pewność ponad decyzją mieszkańców. Że schował polityczne konsekwencje za wygodnym zdaniem: „mam prawo”.
Edward Nowak być może nadal uważa się za strażnika demokratycznych zasad. Dziś wygląda jednak przede wszystkim jak człowiek, który po niekorzystnym rozstrzygnięciu postawił dalszą walkę procesową ponad potrzebą szybkiego przywrócenia mieszkańcom prawa wyboru prezydenta. Ma prawo walczyć o swoją rację. Kraków nie ma obowiązku uznawać, że ta walka służy miastu.
Warto przeczytać: Edward Nowak i Bumar. Indyjski kontrakt w biografii autora protestu po referendum





















