W samym centrum Krakowa można bez trudu wymienić euro po kursie 3 złote, mimo że tablica przed kantorem sugeruje stawkę powyżej czterech. Miasto zna ten proceder od lat, ale – jak przyznano podczas wczorajszego posiedzenia Komisji Promocji i Turystyki Rady Miasta Krakowa – nie ma żadnych narzędzi, by z nim skutecznie walczyć.
W Krakowie od dawna pojawiają się sygnały dotyczące wprowadzających w błąd praktyk stosowanych przez część kantorów, szczególnie w rejonach najczęściej odwiedzanych przez turystów. Chodzi o sytuacje, w których na wywieszonych tablicach prezentowane są duże kursy liczbowe oraz symbole euro, dolara i funta – co sugeruje, że właśnie te waluty można wymienić po wyraźnie wyeksponowanej stawce. W rzeczywistości podane wartości dotyczą zupełnie innych walut, m.in. albańskiego leka, serbskiego dinara czy jordańskiego dinara, a faktyczne kursy popularnych walut znajdują się na osobnej kartce, zapisanej drobnym drukiem.
Zgodnie z przepisami, kantory mają obowiązek jednoznacznego informowania klientów o warunkach wymiany i wszystkich kosztach przed zawarciem transakcji. W praktyce wielu klientów orientuje się dopiero po wszystkim, że euro sprzedało się nie za 4,20 zł, ale za 3 zł. Tego typu przypadki były tematem wczorajszego posiedzenia Komisji Promocji i Turystyki Rady Miasta Krakowa, gdzie radni po raz kolejny pytali urzędników: dlaczego wciąż nic się z tym nie da zrobić?
Radny Michał Ciechowski apelował, by miasto – mimo ograniczonych kompetencji – spróbowało wypracować mechanizmy pozwalające odróżnić rzetelne punkty od tych, które wykorzystują niejasne prezentowanie kursów. – Może warto rozważyć stworzenie dobrowolnych certyfikatów lub oznaczeń typu „Zaufany kantor”? – sugerował. Jak podkreśliła jednak Natalia Kulec-Greń, dyrektorka Wydziału ds. Turystyki, takie działania nie są dziś możliwe. – Miasto nie może brać odpowiedzialności za certyfikowanie prywatnych firm, nie pozwala na to prawo – wyjaśniała.
Urzędnicy przypomnieli, że obowiązuje zasada równego traktowania podmiotów gospodarczych, a promowanie wybranych przedsiębiorców – nawet jeśli są rzetelni – byłoby złamaniem tej zasady. Działania informacyjne, prowadzone w ramach kampanii „Respect Kraków”, to w tej chwili jedyne narzędzie, którym dysponuje samorząd. Problem jednak nie znika. Iwona Chamielec, wiceprzewodnicząca Rady Miasta Krakowa, mówiła wprost: – To do nas trafiają sygnały, to mieszkańcy i turyści zwracają uwagę na ten problem. Ale ani rada, ani urząd nie mają żadnych kompetencji, by cokolwiek z tym zrobić. Nadzór nad rynkiem kantorowym nie leży w gestii samorządu. Agnieszka Łętocha, przewodnicząca komisji, poinformowała, że zgłaszała takie sprawy na policję, ale tam również brak podstaw do interwencji. – Funkcjonariusze odpowiadają, że skoro na tablicy jest poprawny skrót waluty, to wszystko jest zgodne z prawem – relacjonowała.
Tymczasem, jak opisała sprawę „Gazeta Krakowska”, proceder stosowany w niektórych punktach wciąż się powtarza. Dziennikarze opisali przypadek turysty, który wymienił 150 euro za 450 zł – czyli po kursie 3 złote za euro – przekonany, że kurs wynosi ponad 4 zł, jak sugerowała tablica przed kantorem. Na miejscu usłyszał, że wywieszone stawki dotyczą walut takich jak lek albański czy dinar serbski. W innym kantorze przy ul. Szewskiej dziennikarze zapytali o kurs euro – wskazano im kartkę z listą kilkudziesięciu walut, gdzie przy euro widniała wartość nieco ponad 3 zł. – Można negocjować – usłyszeli.
W internecie roi się od podobnych relacji. Fora turystyczne i opinie w serwisach rezerwacyjnych pełne są ostrzeżeń przed krakowskimi kantorami. A miasto – jak przyznała podczas komisji Natalia Kulec-Greń – otrzymuje rocznie zaledwie 2–3 oficjalne zgłoszenia.
Wniosek z posiedzenia był jasny: samorząd nie ma narzędzi prawnych do reagowania, a jedyną formą działania pozostaje informowanie turystów o ryzyku. – Nie mamy instrumentów, by eliminować te praktyki. Możemy jedynie ostrzegać – podsumowała Jolanta Białek z Urzędu Miasta Krakowa.





















