Fala krytyki po apelu prezydenta Krakowa. Miszalski zachęca do bojkotu referendum

źródło: Puls Krakowa

Apel prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego, by jego zwolennicy nie brali udziału w referendum, wywołał falę krytyki wśród mieszkańców. W komentarzach pod jego wpisem pojawiają się zarzuty o podważanie zasad demokracji, unikanie bezpośredniego rozliczenia oraz brak konsekwencji w deklaracjach.

Prezydent odniósł się do ogłoszenia daty referendum w sprawie odwołania jego oraz Rady Miasta Krakowa, które odbędzie się 24 maja. W mediach społecznościowych opublikował wpis, w którym przedstawił swoją strategię na najbliższe tygodnie i bezpośrednio zwrócił się do mieszkańców.

„Jeśli uważacie, że powinienem dokończyć kadencję, w dniu referendum zostańcie w domu. Naszym zwycięstwem będzie niska frekwencja” – napisał. W dalszej części wpisu przekonywał, że referendum „zawsze mobilizuje przeciwników”, dlatego – jego zdaniem – osoby popierające obecne władze nie powinny brać w nim udziału. Jednocześnie podkreślił, że od początku kadencji deklarował gotowość do rozliczenia z efektów swojej pracy i zapowiedział, że w najbliższych tygodniach będzie starał się przekonywać mieszkańców do pozostawienia go na stanowisku do końca kadencji.

Prezydent wskazał również na prowadzone przez miasto działania – inwestycje w transport, edukację, bezpieczeństwo i przestrzeń publiczną – argumentując, że są to procesy wymagające czasu i konsekwencji. W jego ocenie Kraków potrzebuje stabilności i dokończenia rozpoczętych projektów, a referendum może tę ciągłość przerwać.

Apel o nieuczestniczenie w głosowaniu wpisuje się w mechanizm samego referendum – aby jego wynik był wiążący, konieczne jest osiągnięcie określonego progu frekwencji. W praktyce oznacza to, że niska liczba głosujących działa na korzyść urzędujących władz. To właśnie ten element strategii wywołał największe emocje wśród mieszkańców. W komentarzach pod wpisem dominują głosy krytyczne, często wskazujące na sprzeczność między deklarowaną gotowością do rozliczenia a zachęcaniem do bierności wyborczej.

Prawnik prezydenta za 274 tys. zł. Radni sprawdzają, czy w magistracie doszło do „kolesiostwa”

„Czyli wysoka frekwencja i wynik, w którym mieszkańcy opowiedzieliby się za pana pozostaniem, nie wchodzą w grę?” – pyta jeden z internautów. Inni zwracają uwagę na logikę samego przekazu. „Referendum to forma wyborów, więc jednocześnie zachęca i odstrasza ludzi od wyborów. Niezłe salto z logiki” – komentuje jeden z mieszkańców.Pojawia się również wątek wcześniejszych wyborów i frekwencji. „Czy umie Pan wygrywać inaczej niż tylko wykorzystując niską frekwencję?” – pisze jedna z użytkowniczek.

Część komentujących podkreśla, że referendum jest właśnie momentem rozliczenia władzy. „Mówi Pan, że chce być rozliczany z efektów pracy – no i będzie” – czytamy w jednym z wpisów. „24 maja to dzień rozliczenia” – dodaje kolejny mieszkaniec. Nie brakuje też bardziej bezpośrednich ocen. „Demokrata zachęcający do niekorzystania z praw wyborczych?” – pyta jeden z internautów. Inny komentuje, że apel prezydenta to „nakłanianie mieszkańców do zostania w domu wyłącznie w celu utrzymania stanowiska”. W komentarzach pojawiają się także głosy wskazujące na przyczyny samego referendum. „Gdyby nie referendum, nic by się nie zmieniło” – pisze jeden z użytkowników, odnosząc się do działań władz miasta w ostatnich miesiącach.

Aby wynik był wiążący, frekwencja musi wynieść co najmniej trzy piąte liczby wyborców, którzy uczestniczyli w drugiej turze wyborów samorządowych dwa lata temu. W przypadku rady miasta oznacza to blisko 180 tysięcy osób. Jeśli chodzi o prezydenta, tutaj próg jest niższy i wynosi około 158 tysięcy mieszkańców miasta. Pod wnioskiem o referendum podpisało sie ponad 134 tysiące mieszkańców Krakowa.

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry