Teatr Groteska zaprasza dzieci, młodzież i dorosłych, choć wielu krakowian wciąż kojarzy lalki wyłącznie z przedstawieniami dla najmłodszych. O tym, dlaczego chce zmienić to przekonanie, jak dzieci wpłynęły na powstanie „Dzikiej Bandy” i czego brakuje teatrowi przy Skarbowej, rozmawiamy z dyrektorem Karolem Suszczyńskim.
Redakcja Pulsu Krakowa: Jak dzisiaj definiuje pan Teatr Groteska? To teatr dla dzieci, rodzinny, a może międzypokoleniowy?
Karol Suszczyński, dyrektor Teatr Groteska: Pzede wszystkim definiowałbym Groteskę jako teatr lalek, czyli reprezentujący inny gatunek sztuki niż pozostałe teatry w Krakowie.
To, że automatycznie myślimy o teatrze lalkowym jako o teatrze dziecięcym wynika z okresu komunizmu, kiedy zniszczono ten gatunek, przypisując go właśnie kulturze dziecięcej i nie wszędzie dając mu możliwość rozwoju w kierunku widza dorosłego. A przecież teatr lalkowy od zarania dziejów kształtował się jako teatr dla wszystkich. Teatr dla dzieci wyodrębnił się dopiero w drugiej połowie XIX wieku, więc jest to historia niespełna dwustuletnia.

Co takiego ma w sobie lalka, że tak dobrze działa na najmłodszego widza?
Lalka przede wszystkim potrafi fenomenalnie dialogować z dzieckiem. Omawiać i opisywać problemy, wchodzić w interakcję, wciągać go i pokazywać mu przepiękne, baśniowe światy. Opowiadać o rzeczach wspaniałych i magicznych, ale też czasami trudnych i bolesnych.
Czy kierujecie swoją ofertę tylko do dziecięcego widza?
Absolutnie nie. Groteska jest teatrem dla widzów w bardzo różnym wieku. Mamy spektakle dla najnajmłodszych, czyli dzieci od około szóstego miesiąca życia do trzech lat, propozycje dla dzieci młodszych i starszych, ale także dla młodzieży i dorosłych. I właśnie ten ostatni obszar bardzo konsekwentnie rozwijamy, poszerzając repertuar mniej więcej raz w sezonie o nową premierę skierowaną do dojrzałego widza. Bardzo zależy mi na tym, żeby krakowski widz zaglądał na naszą stronę internetową czy do mediów społecznościowych i szukał w Grotesce spektakli także dla siebie. Wciąż bowiem funkcjonuje przekonanie, że teatr lalek jest przede wszystkim teatrem dla dzieci, tymczasem to przede wszystkim odrębny język artystyczny, który nie ma ograniczenia wiekowego.
Jadwiga Kilian-Stanisławska mówiła, że teatr lalkowy to „teatr plastyki w ruchu”. Obiekt, forma czy animant mogą być w nim równie ważnym elementem scenicznym jak aktor – czasem dominują, czasem pozostają na drugim planie, ale zawsze współtworzą znaczenie. I właśnie ten rodzaj teatralnej wypowiedzi może być niezwykle interesujący również dla widza młodzieżowego czy dorosłego.
Kiedy obejmował pan kierownictwo Groteski, jednym z założeń było przywrócenie lalek. Jak dziś ocenia pan ten kierunek?
Przez te trzy sezony udało mi się taki teatr stworzyć. Lalki wróciły do Groteski, co zostało zauważone przez środowisko lalkarskie i docenione honorową plakietką ZASP z okazji Międzynarodowego Dnia Lalkarstwa w lutym tego roku.
Czy lalki jeszcze interesują dzieci, tak jak interesowały poprzednie pokolenia?
Myślę, że lalki wracają do mody. Widzimy to na przykład w dużych produkcjach filmowych, chociażby w „Gwiezdnych wojnach”, gdzie w najnowszych epizodach czy serialach z powrotem wprowadzono lalkowych bohaterów, zastąpionych wcześniej przez CGI. Ale widać to też w nowych rodzimych produkcjach telewizyjnych, chociażby w TVP ABC. Oczywiście konkurujemy z grami komputerowymi, filmami, animacjami i łatwym dostępem do wszystkiego w Internecie. Ale widzimy też reakcję publiczności i frekwencję na naszych spektaklach i właśnie to jest dla nas najlepszym wyznacznikiem, że ożywiona figura wciąż pociąga najmłodszych.

Współczesna technologia jest dla teatru lalkowego bardziej konkurencją, czy może również narzędziem, które można wykorzystać?
W „Misiu Tymoteuszu” z jednej strony osadziliśmy spektakl w znanych technikach lalkowych, a z drugiej wykorzystaliśmy nowe technologie do ich tworzenia. Zmiana sposobu myślenia o pracy rzemieślnika teatralnego – z analogowego na łączącego klasyczne metody produkcji z cyfrowy – dała bardzo dobre efekty. Po raz pierwszy w historii tego teatru spektakl po pierwszym sezonie miał ponad stuprocentową frekwencję. Widzimy to także w kolejnych produkcjach, m.in. jubileuszowym spektaklu „Tarabumba! Ale Cyrk…”, który został zauważony przez krytyków, czy chociażby najnowszej „Dzikiej bandzie”.
Jak zmienił się młody widz na przestrzeni lat i czego dzieci dzisiaj szukają w teatrze? Co najbardziej im się podoba, sądząc chociażby po ich reakcjach i opiniach?
Myślę, że pokolenia się zmieniają i my jako ludzie się bardzo zmieniamy, ale pewne rzeczy pozostały jednak niezmienne. Przede wszystkim archetypowe bajki i baśnie, które cieszą się największym powodzeniem wśród naszych odbiorców. Jednocześnie widzowie coraz chętniej przychodzą na nowy repertuar, na prapremierowe spektakle, na tematy czasem trudne. To też było zawsze pewnym tematem tabu w teatrze lalkowym, a od co najmniej 15–20 lat wraca chociażby temat śmierci i odchodzenia, dorastania czy odmienności. W popkulturze, w produkcjach telewizyjnych i filmowych, są one na porządku dziennym.
Teatr ma przede wszystkim bawić, czy także wychowywać? Czy w teatrze lalek, którego dużą część widowni stanowią dzieci, jest miejsce na coś więcej niż rozrywkę?
W ogóle jestem zdania, że hasło, które pamiętam jeszcze z lekcji języka polskiego – że teatr ma edukować – jest już anachronizmem. Teatr przede wszystkim ma wywoływać emocje, a przez te emocje dopiero wywoływać refleksje, pewne spostrzeżenia, zmiany w sposobie myślenia, otwieranie młodego człowieka na rozmowę, a nie tylko na przyjmowanie informacji.

Najnowsza produkcja – „Dzika Banda” – wyrasta z akcji, w której dzieci mogły wybrać książkę, na podstawie której chciałyby zobaczyć spektakl. Dlaczego zdecydowaliście się oddać najmłodszym część decyzji repertuarowej?
Dlatego, że ich głos dla nas się liczy. Ponad rok temu nasza kierownik literacka, Katarzyna Winiarska-Ścisłowicz, wybrała kilka książkowych serii dla młodszych dzieci, które cieszyły się dużym zainteresowaniem. czytelniczym Następnie rozpoczęliśmy akcję, która z jednej strony polegała na głosowaniu na te tytuły, a z drugiej na tworzeniu przez naszych małych widzów obrazów i postaci, które się w nich pojawiały. W sposób absolutnie miażdżący w stosunku do pozostałych twórców Rachel Bright została wskazana jako autorka, którą dzieci chciałyby zobaczyć na scenie. Niestety ostatecznie nie otrzymaliśmy od brytyjskiego wydawcy zgody na kompilację, ale dramaturżka Malina Prześluga, zainspirowana tekstami autorki, stworzyła własną opowieść.
O czym w takim razie opowiada „Dzika Banda”?
„Dzika Banda” to historia zwierząt mieszkających w lesie, a właściwie czterech par, między którymi pojawiają się typowe dla Bright problemy i próby ich rozwiązania. Wszystko zostało połączone w jedną opowieść, która pokazuje dzieciom, że z trudnych sytuacji można wyjść dzięki rozmowie, dialogowi i umiejętności porozumienia się. Ważne jest też to, że przemiany zachodzą nie tylko między poszczególnymi bohaterami, ale w całej społeczności. Dobrym przykładem jest nietoperz Gacek, którego wszyscy na początku się boją i wyobrażają sobie, kim może być. Później okazuje się, że świetnie pasuje do grupy a co więcej – jako pierwszy ratuje pozostałych z tarapatów.
Dzieci wybierały książki, a czy rodzice też dzielą się z Wami swoimi opiniami i oczekiwaniami?
Przede wszystkim trzeba pamiętać, że dziecko nie do końca samodzielnie wybiera książki. Żyje w przestrzeni literatury, którą rodzic chce mu pokazać. To rodzice idą do księgarni i kupują konkretne pozycje. Dokładnie tak samo jest z przychodzeniem do teatru. Zazwyczaj to rodzic wskazuje, na jaki spektakl dziecko pójdzie. Oczywiście dzieci potrafią później wyegzekwować kolejną wizytę. Pamiętam panią, która powiedziała: „Boże, muszę czwarty raz iść na »Misia Tymoteusza«, bo moja córka znowu chce zobaczyć ten spektakl”. Ale czy sami rodzice dzielą się z nami oczekiwaniami? Rzadko. Czasem przychodzą maile do sekretariatu, czasem ktoś dzieli się swoją refleksją z obsługą widowni, kierownik literacką albo pedagogiem.
A czego oczekują od was nauczyciele? Czy zdarza się, że sugerują, jaki repertuar powinien pojawić się w teatrze?
Pamiętam mail od nauczyciela, który wręcz domagał się, żebyśmy robili tylko lektury. Przyznam szczerze, że taka postawa mnie zszokowała, bo teatr nie jest od tego. Oczywiście może wspomóc proces edukacyjny przez przeniesienie lektury na scenę, ale przede wszystkim powinien wprowadzać nowe tematy. Dlatego od początku naszej działalności organizujemy czytania performatywne, podczas których w uproszczonej formie inscenizacyjnej przedstawiamy najmłodszym nową dramaturgię dla dzieci i młodzieży. Robimy to we współpracy z Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu i ten projekt cieszy się dużą popularnością. Bywało, że na jedno czytanie sprzedawaliśmy dwa komplety miejsc na Scenie Kopułowej, czyli około 400 biletów.
Wspominał pan, że Groteska ma także ofertę dla młodzieży. To grupa, która często wypada gdzieś pomiędzy teatrem dziecięcym a teatrem dla dorosłych. Czy właśnie do takich widzów chcecie docierać?
To tak zwana „grupa niczyja” – powojenne określenie dzieci, które były już za stare, żeby chodzić do teatru lalkowego, a wciąż za młode, żeby korzystać z teatru dramatycznego z wielkimi i często trudnymi sztukami dla afiszu. Przez lata brakowało dla nich odpowiedniego repertuaru. Dzisiaj sytuacja wygląda inaczej, między innymi dzięki nowej dramaturgii dla dzieci i młodzieży, którą tworzy i wydaje wspomniane Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu. W Grotesce sięgamy po takie teksty. W pierwszym sezonie był to „Dziwny przypadek psa nocną porą” na podstawie powieści Marka Haddona, później „Dziewczyna w ogniu” Andrzeja Błażewicza.

A co z dorosłymi? Chcecie, żeby wracali do Groteski nie tylko jako rodzice dziecięcej widowni?
Zależy nam właśnie na tym, żeby dorosły widz wracał do nas świadomie także na spektakle dla siebie. W ostatnich latach powstały między innymi „Męczeństwo i śmierć Marata” na podstawie tekstu Petera Weissa, „Śmieszny Staruszek” na podstawie tekstu Różewicza oraz autorski projekt Natalii Sakowicz „Przemiany”, inspirowany „Metamorfozami” Owidiusza. To są spektakle, w których aktorowi na scenie towarzyszy lalka. Przybiera ona różne funkcje i postaci, ale bez niej te przedstawienia byłyby po prostu spektaklami dramatycznymi. Zależy nam na pokazywaniu, jak aktor może wchodzić w interakcję z animantem i wspólnie z nimi opowiadać historię.
Czy prowadzenie teatru lalek jest dziś opłacalne?
W przypadku instytucji kultury w ogóle nie powinniśmy patrzeć przez pryzmat opłacalności. Kultura jest podstawową działalnością człowieka, która rozwija nas przede wszystkim emocjonalnie. My mamy dobrą sytuację, bo jesteśmy jednym z najlepiej dofinansowanych teatrów lalkowych w kraju. Oprócz dotacji podmiotowych i celowych otrzymujemy przychody z biletów, a także regularnie pozyskujemy środki z grantów i konkursów.
Czego w takim razie najbardziej wam dzisiaj brakuje?
Własnego teatru. O budynek przy Skarbowej ciągle toczą się batalie sądowe. Nie jest nasz, dlatego nie jesteśmy w stanie pozyskać chociażby funduszy norweskich na jego modernizację. Poza tym teatr się zmienił, technika się zmieniła, a my niestety cały czas jesteśmy w XX wieku, a nie XXI. Nie mamy hydrauliki sceny ani odpowiednich przestrzeni do przechowywania i przesuwania scenografii. Do tego teatr jest niedostępny architektonicznie. Brakuje wind zarówno dla gości, jak i pracowników, a scena na kopule znajduje się na piątym piętrze. Co kilka dni pracownicy wnoszą i znoszą scenografię. Nie mamy odpowiednich magazynów, więc musimy wywozić ją poza miasto. Brakuje też łazienek dostosowanych do potrzeb osób z niepełnosprawnościami. Tych braków jest bardzo dużo.

Czego życzycie sobie w najbliższych latach, oprócz nowej siedziby? Jakie są plany na najbliższy czas?
Przede wszystkim niespadającego zainteresowania naszym repertuarem i satysfakcji z tego, co robimy. Mam też kolejne pomysły na to, żeby rozwijać wszystko, co przez te trzy lata udało nam się zrobić. Nadchodzący sezon jest mocno ukierunkowany na młodszego widza, żebyśmy nie zapominali, że Teatr Groteska przede wszystkim kieruje swoją ofertę do najmłodszych. Przed nami między innymi „Kury z Grubej Rury” Justyny Bednarek w reżyserii Roberta Drobniucha, „Karmelek” Marty Guśniowskiej w reżyserii Pavlíny Okleštekovej oraz „Mała Syrenka” w reżyserii Gosi Dębskiej.
Sezon zamkniemy drugą częścią przygód misia, zatytułowaną „Tymoteusz wśród ptaków”. To uwspółcześniona przez Sandrę Szwarc adaptacja oryginalnego tekstu Jana Wilkowskiego, wyreżyserowana przez Wojtka Stachurę. Kolejny otworzymy natomiast Szekspirem – „Makbetem” w reżyserii Kuby Rożkowskiego.





















