Edward Nowak występuje dziś w sprawie krakowskiego referendum jako obywatel i mieszkaniec. Nie ma w tym formalnie nic nieprawdziwego. Jest mieszkańcem Krakowa i ma prawo korzystać z instrumentów przewidzianych przez prawo. Problem polega jednak na tym, że w jego przypadku słowo „mieszkaniec” brzmi jak starannie dobrany kostium: poprawny, skromny, obywatelski – ale zasłaniający biografię człowieka, który przez dekady nie stał z dala od władzy, lecz wielokrotnie znajdował się po jej wewnętrznej stronie.
Nie mamy tu do czynienia z anonimowym krakowianinem, który z osiedlowej troski o demokrację postanowił zaprotestować przeciwko ważności referendum. Mamy do czynienia z byłym posłem, byłym wiceprezydentem Krakowa, byłym wiceministrem, menedżerem przemysłowym, prezesem, członkiem zarządów i rad nadzorczych, człowiekiem wielu instytucjonalnych przejść. I właśnie dlatego jego protest referendalny należy czytać nie tylko jako akt prawny, lecz także jako gest polityczny. Nie dlatego, że Nowak nie ma prawa go złożyć. Ma. Lecz dlatego, że opinia publiczna ma prawo wiedzieć, kto ten protest składa – i z jakiego świata przychodzi.
Nie tylko opozycjonista
Edward Edmund Nowak urodził się w Krakowie w 1950 roku. Jest inżynierem, absolwentem Akademii Górniczo-Hutniczej, człowiekiem związanym z Hutą im. Lenina, a od 1980 roku z „Solidarnością”. Był działaczem opozycji, został zatrzymany po wprowadzeniu stanu wojennego, a następnie skazany na karę więzienia. Ta część biografii jest ważna i nie powinna być ani pomniejszana, ani używana ironicznie. Jednak właśnie dlatego, że Nowak nie jest postacią przypadkową, nie wolno opowiadać jego historii tylko do roku 1989.
Po przełomie szybko znalazł się w centrum nowego państwa: był posłem Sejmu kontraktowego, wiceprezydentem Krakowa, a następnie wiceministrem w resortach gospodarczych. Według biogramów w latach 1992–1993 pełnił funkcję podsekretarza stanu w Ministerstwie Przemysłu i Handlu, w latach 1993–1995 był doradcą ministra i podsekretarzem stanu w tym samym resorcie, a w latach 2000-2001 – podsekretarzem stanu w Ministerstwie Gospodarki. Oznacza to pracę w administracji rządowej w czasie gabinetów Hanny Suchockiej, Waldemara Pawlaka i Jerzego Buzka. Same daty, funkcje i nazwiska premierów pokazują skalę doświadczenia człowieka, który dziś występuje przede wszystkim jako „mieszkaniec”. A zatem: nie samotny obywatel z zewnątrz systemu, lecz uczestnik władzy. Nie petent państwa, lecz przez lata jeden z ludzi państwa.
Transformacyjny styk państwa i biznesu
Kariera Nowaka po 1989 roku dobrze pokazuje charakterystyczną dla tamtego czasu płynność ról: przechodzenie między polityką, administracją, przemysłem, spółkami, restrukturyzacją i biznesem. Po odejściu z administracji pracował m.in. w Mielec Centrum, Zakładach Samochodowych Jelcz, Zasada S.A., Delphi Automotive Systems Poland, Hucie im. Tadeusza Sendzimira, Agencji Rozwoju Przemysłu, Kompanii Węglowej i Bumarze. Część tych podmiotów była państwowa lub kontrolowana przez państwo, część prywatna, część stanowiła sprywatyzowany fragment dawnego przemysłu. Jego biografia przebiega przez obszary administracji, przemysłu i biznesu. Przez resorty, zakłady przemysłowe, prywatnych inwestorów, spółki strategiczne, agencje rozwoju i rady nadzorcze. To nie jest życiorys miejskiego aktywisty. To życiorys człowieka, który zna mechanizmy władzy od środka.
Wątek Jelcza pokazuje tę płynność ról szczególnie dobrze. Nie ma podstaw, by twierdzić, że Edward Nowak formalnie odpowiadał za prywatyzację Jelcza. Umowa sprzedaży większościowego pakietu akcji została zawarta przez Skarb Państwa reprezentowany przez Ministra Przekształceń Własnościowych, a nie przez resort, w którym funkcjonował Nowak. To ważne zastrzeżenie. Są jednak podstawy, by pokazać ciągłość jego obecności wokół tego świata: był wówczas związany z Ministerstwem Przemysłu i Handlu, później pracował w sprywatyzowanym Jelczu jako dyrektor ds. marketingu i rozwoju, a następnie został prezesem zarządu Zasada S.A. Lokalny portal tuOlawa.pl, w tekście „Kwas po Zasadzie (3)” z 2010 roku, pisał, że Nowak – wcześniej jako wiceminister przemysłu i handlu – miał namawiać jelczan do współpracy najpierw z Volvo, później z Zasadą. To nie jest dokument urzędowy i nie dowodzi formalnego udziału w prywatyzacji. Pokazuje jednak, że jego nazwisko pojawia się w lokalnej pamięci tego procesu jeszcze przed późniejszą pracą w sprywatyzowanej spółce. Jeżeli relacja tuOlawa.pl oddaje rzeczywisty przebieg tamtych rozmów, potwierdza dodatkowo tezę, że Nowak nie był człowiekiem z zewnątrz. Był człowiekiem krążącym między gabinetem, przemysłem i biznesem – a więc dokładnie tam, gdzie rozstrzygano o przyszłości wielu przedsiębiorstw.
Z kolei w latach 2008–2012 Nowak był prezesem zarządu i dyrektorem naczelnym Bumaru, strategicznej spółki sektora obronnego, w której dominujący udział miał Skarb Państwa. Media informowały, że został wybrany przez radę nadzorczą w drodze konkursu, a w marcu 2012 roku odwołany przez radę; w tle pojawiał się spór wokół wieloletniego kontraktu indyjskiego na wozy zabezpieczenia technicznego WZT-3. Zatem jeszcze kilkanaście lat temu Nowak kierował jedną z najważniejszych państwowych spółek przemysłu obronnego.
Czytaj także: KOD odcina się od protestu referendalnego. „To indywidualna inicjatywa”
„Mieszkaniec” jako skrót wygodny
Dlatego dzisiejsze przedstawianie Edwarda Nowaka przede wszystkim jako „mieszkańca Krakowa” jest zabiegiem redukcyjnym. Nie kłamstwem – ale skrótem tak wygodnym, że aż politycznie znaczącym. Oczywiście, Nowak jest mieszkańcem. Jest jednak także byłym posłem, byłym wiceprezydentem, byłym wiceministrem, byłym prezesem i człowiekiem wielokrotnie obecnym w instytucjonalnym zapleczu państwa. Jeżeli były minister finansów mówi o sobie wyłącznie „podatnik”, formalnie ma rację. Jednak opinia publiczna ma wówczas prawo dopowiedzieć resztę.
Protest człowieka ze środka systemu
W tym kontekście protest referendalny Edwarda Nowaka jest czymś więcej niż tylko pismem do sądu. Według relacji medialnych Nowak, informując o proteście, przedstawiał się jako mieszkaniec Krakowa i mówił, że jako obywatel czuje się manipulowany, a państwo niewystarczająco broni praw demokratycznych. Protest ma dotyczyć przede wszystkim naruszeń ciszy referendalnej, zwłaszcza w mediach społecznościowych. Protest przeciwko zarzucanym nadużyciom demokracji składa jednak nie człowiek, który całe życie pozostawał poza państwem, lecz ktoś, kto przez lata był jego uczestnikiem. Nie outsider, lecz insider. Nie obywatel bez dostępu, lecz były poseł, wiceprezydent, wiceminister i menedżer podmiotów z pogranicza państwa, przemysłu i biznesu. Nie odbiera mu to prawa do protestu. Odbiera jednak komfort występowania w roli człowieka całkowicie zewnętrznego wobec władzy.
Jeżeli protest, oparty głównie na zarzutach dotyczących aktywności w internecie, zachęt profrekwencyjnych i naruszeń ciszy, może w praktyce zawiesić polityczną wymowę referendum albo wpłynąć na kalendarz przedterminowych wyborów, to pytanie o jego funkcję polityczną jest uzasadnione. Tym bardziej że czas w polityce nie jest neutralny. Niezależnie od intencji autora protestu, każdy tydzień zwłoki może prowadzić do wyciszenia emocji, uporządkowania narracji, przygotowania zaplecza politycznego oraz do zamiany prostego komunikatu – „mieszkańcy odwołali prezydenta” – w opowieść o wyniku skażonym manipulacją. To nie znaczy, że protest jest bezprawny. Znaczy tylko tyle, że opinia publiczna ma prawo widzieć w nim gest polityczny człowieka z długą biografią publiczną.
Czytaj także: Poseł KO nie wyklucza powrotu Aleksandra Miszalskiego na stanowisko prezydenta Krakowa





















