Zakrzówek miał być gotowy na lato, ale od 1 czerwca pozostaje zamknięty. Mieszkańcy nie znają wyników badań, nie wiedzą, jakie prace prowadzone są na miejscu i kiedy kąpielisko zostanie otwarte. Zarząd Infrastruktury Sportowej, odpowiedzialny za obiekt, od wielu dni nie odpowiada na te pytania.
Mija szesnasty dzień od zamknięcia kąpieliska na Zakrzówku. Szesnasty dzień sezonu, który miał rozpocząć się 1 czerwca. Szesnasty dzień, w którym mieszkańcy zamiast korzystać z basenów mogą jedynie patrzeć na zamknięte bramki.
Przez ten czas Kraków zdążył przeżyć upały, weekendy i tysiące odwiedzin na samym Zakrzówku. Tyle że nie na kąpielisku. Bo najbardziej absurdalne w całej tej historii jest to, że Zakrzówek nie jest zamknięty. Zamknięte są tylko pływające baseny. Kilkaset metrów dalej ludzie normalnie siedzą na plaży, korzystają z wody, pływają na deskach SUP. Dla przeciętnego mieszkańca wygląda to tak, jakby problem istniał wyłącznie pomiędzy metalowymi barierkami należącymi do miasta.
1 czerwca Zarząd Infrastruktury Sportowej poinformował o wykryciu nieznanej substancji w wodzie. Kąpielisko zamknięto. Kilka dni później ZIS przekazał, że strażacy nie stwierdzili zagrożenia chemicznego. Zapowiedziano dalsze badania laboratoryjne. Pojawiła się również informacja o możliwości wypompowania wody z niecek oraz ich oczyszczenia.
I wtedy ślad się urywa. Od wielu dni ZIS nie odpowiada na pytania dotyczące wyników badań. Nie wiadomo, czy substancję zidentyfikowano. Nie wiadomo, czy podjęto decyzję o wypompowaniu wody. Nie wiadomo, czy oczyszczanie już trwa. Nie wiadomo nawet, czy miasto zna termin ponownego otwarcia. Tymczasem na miejscu coś się dzieje. We wtorek 16 czerwca na terenie kąpieliska można było zobaczyć nurków oraz ekipy pracujące w jednej z niecek. Z brzegu wyglądało to na czyszczenie dna basenu. Jeśli rzeczywiście prowadzone są takie działania, to dlaczego nikt o nich nie informuje? Dlaczego mieszkańcy mają dowiadywać się o pracach obserwując teren przez ogrodzenie?
Jeszcze bardziej zastanawia porównanie z sytuacją sprzed roku. W sierpniu 2025 roku media rozpisywały się o możliwej obecności siarkowodoru na Zakrzówku. Miasto zareagowało błyskawicznie. Zlecono specjalistyczne badania. Próbki pobierano z głębokości 5, 15 i 25 metrów. Wykonano analizy jakości powietrza i wody. Następnie opublikowano szczegółowy komunikat liczący kilka stron.
Mieszkańcy dowiedzieli się wtedy praktycznie wszystkiego. Jakie były wyniki. Jakie parametry badano. Jak wyglądała metodologia. Jakie substancje wykluczono. Efekt? Nie znaleziono nic niebezpiecznego. Dzisiaj sytuacja jest odwrotna. Kąpielisko pozostaje zamknięte od początku sezonu. Na miejscu pracują nurkowie. Miasto rozważało wypompowanie wody. W mediach pojawiają się informacje o możliwej obecności środków wykorzystywanych do odrdzewiania i odkamieniania. A mieszkańcy wiedzą mniej niż rok temu.
To właśnie jest najbardziej zaskakujące. Nie fakt, że pojawił się problem. Takie rzeczy się zdarzają. Nie fakt, że badania trwają dłużej, niż początkowo zakładano. To również może się zdarzyć. Zaskakuje coś innego. Miasto, które jeszcze rok temu szczegółowo tłumaczyło wyniki badań prowadzonych 25 metrów pod wodą, dziś od ponad dwóch tygodni nie potrafi odpowiedzieć na trzy proste pytania. Co wykryto? Co zrobiono? Kiedy Zakrzówek zostanie otwarty?
I właśnie dlatego pytanie powinno dziś trafić do osoby, która kieruje Krakowem po referendum. Komisarzu Kracik, co dzieje się z Zakrzówkiem? Bo mieszkańcy mają prawo wiedzieć więcej niż tylko to, że „badania nadal trwają”. Są jeszcze koszty. Zakrzówek został zamknięty dokładnie w dniu rozpoczęcia sezonu, ale obowiązuje już umowa na obsługę ratowniczą kąpieliska. Miasto wybrało wykonawcę, który za zabezpieczenie obiektu od 1 czerwca do 30 września otrzyma ponad 882 tysiące złotych. Z dokumentacji przetargowej wynika, że na kąpielisku ma pracować 20 ratowników w systemie zmianowym, a w czasie funkcjonowania obiektu obecnych ma być co najmniej 11 osób. Oczywiście ratownicy wykonują swoje obowiązki i trudno mieć do nich jakiekolwiek pretensje. Problem polega na czymś innym. Mieszkańcy nie mogą korzystać z basenów, a miasto od ponad dwóch tygodni nie potrafi powiedzieć, kiedy sytuacja wróci do normy. Im dłużej trwa zamknięcie, tym bardziej zasadne staje się pytanie, jak długo Kraków będzie ponosił koszty utrzymania nieczynnego kąpieliska i kiedy mieszkańcy wreszcie usłyszą konkretny plan działania.





















