Kraków. Spór Miszalskiego z „Wyborczą” o cięcia w szkołach. Czy magistrat ma syndrom oblężonej twierdzy?

Aleksander Miszalski fot. Puls Krakowa

W Krakowie pojawił się spór między prezydentem Aleksandrem Miszalskim a „Gazetą Wyborczą”. Poszło o tekst Olgi Szpunar, która ujawniła, że magistrat po cichu ściął budżety szkół na 2026 rok. Dyrektorzy alarmują, że będą musieli prosić rodziców o mydło i papier toaletowy. Miszalski odpowiada, że to „teza oderwana od faktów”. Ale jego reakcja tylko wzmocniła wrażenie, że władza w Krakowie zaczyna funkcjonować w trybie oblężonej twierdzy.

Dziennikarka „Gazety Wyborczej”, Olga Szpunar, opisała coś, co w wielu szkołach zaczęło się dziać po cichu. Dyrektorzy placówek odkryli, że w planach finansowych na 2026 rok drastycznie obcięto im środki na wydatki rzeczowe i pomoce naukowe. Kwoty, które dotąd wynosiły po 200–300 tysięcy złotych, w niektórych przypadkach spadły do 50 tysięcy. Szpunar przytoczyła konkretne liczby i głosy z terenu – bez nazwisk, bo dyrektorzy bali się mówić otwarcie. „Te zmiany nastąpiły po cichu. Nikt nas o nich wcześniej nie poinformował” – mówi jedna z dyrektorek. „Na pomoce naukowe chciałam 40 tysięcy, dostanę 10. Na rzeczówkę 210 tysięcy, dostanę 50.” Brzmi jak drobiazg, dopóki nie przeczyta się, co obejmują te „wydatki rzeczowe”: środki czystości, tonery, segregatory, meble, remonty, gaśnice, benzynę do kosiarki. W dużych szkołach sam koszt mydła, papieru toaletowego i ręczników papierowych przekracza 60 tysięcy rocznie.

Najbardziej wymowna była nie sama skala cięć, ale sposób ich wprowadzenia. Dyrektorzy dowiedzieli się o zmianach dopiero po fakcie – zaktualizowane kwoty pojawiły się w systemie, bez uprzedzenia i bez rozmowy. Magistrat tłumaczył to „nowym systemem alokacji środków”, który ma pozwolić na lepsze planowanie. W praktyce jednak oznacza to, że szkoły mają pisać wnioski o każdą potrzebną rzecz. Jak ironizowali rozmówcy Szpunar, wkrótce będą musieli „uzasadniać zakup Domestosa”. To właśnie w tym momencie tekst „Wyborczej” przeszedł z poziomu budżetu na poziom symbolu. Pokazał nie tylko biedę systemu, ale i brak zaufania między magistratem a dyrektorami szkół – ludźmi, którzy od lat trzymają ten system w pionie.

TYLKO U NAS: Co się stanie, gdy dług Krakowa przekroczy 9,5 miliarda złotych?

Zamiast rzeczowej rozmowy, magistrat wybrał konfrontację. Prezydent Miszalski opublikował wpis na FB, w którym odpowiedział ostro: „Kraków zabiera pieniądze uczniom! Tak brzmi narracja, która pojawiła się po publikacji artykułu w Gazecie Wyborczej. To teza całkowicie oderwana od faktów.” Dalej zapewniał, że w projekcie budżetu „zabezpieczono środki na funkcjonowanie wszystkich jednostek oświatowych”, a edukacja „pozostaje priorytetem miasta”. Żadne z tych zdań nie odpowiadało na sedno tekstu. Bo pytanie, jakie postawiła „Wyborcza”, brzmiało: czy można mówić o stabilnym finansowaniu, jeśli szkoły nie wiedzą, na czym stoją? Nie chodziło o to, czy pieniędzy „w sumie” wystarczy, tylko o to, że sposób ich rozdzielania staje się nieprzewidywalny i upokarzający.

Z reakcji Miszalskiego przebija coś więcej niż obrona – strach przed utratą kontroli nad narracją. Od miesięcy widać w krakowskim magistracie zjawisko, które można by nazwać syndromem oblężonej twierdzy: każda krytyka odbierana jest jak atak, każda publikacja jak zamach na reputację. Zamiast powiedzieć: „Sprawdzimy, jak wygląda sytuacja w szkołach”, prezydent napisał, że tekst jest „oderwany od faktów”. To ton rzecznika, który broni marki, swojej marki.

Nauczyciele i dyrektorzy nie szukają konfliktu. W rozmowach z „Wyborczą” jasno podkreślali, że rozumieją trudną sytuację finansową miasta. Chcą tylko uczciwej komunikacji i poczucia, że ktoś po drugiej stronie słucha. Kiedy władza zaczyna traktować krytykę jak napaść, odcina się od rzeczywistości, którą sama powinna znać najlepiej.

Dziennikarze nie wymyślili problemu. Oni go po prostu opisali wcześniej, niż zdążył wybuchnąć. Odpowiedź prezydenta nie była więc prostowaniem nieprawdy, tylko potwierdzeniem diagnozy: że władza nie ufa nawet tym, którzy mówią prawdę o trudnych sprawach.

Kraków nie potrzebuje więcej komunikatów o „stabilnym finansowaniu”. Potrzebuje rozmowy o tym, jak realnie utrzymać szkoły w mieście z największym długiem w Polsce. I prezydenta, który potrafi uznać, że dziennikarz opisujący problem nie jest wrogiem – tylko lustrem, w którym władza ma szansę się przejrzeć.

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry