Kraków zadłuża się na kolejne pół miliarda. Obligacje ratunkiem czy pułapką?

Kraków coraz głębiej wpada w spiralę zadłużenia. Władze miasta sięgają po kolejne obligacje – tym razem warte ponad pół miliarda złotych. Radni mają o tym zdecydować 17 września. W praktyce oznacza to, że Kraków zadłuża się, by spłacać wcześniejsze zobowiązania i łatać deficyt budżetowy, a rachunek za tę operację wystawiony zostanie mieszkańcom.

Na wrześniowej sesji Rady Miasta Krakowa radni zajmą się projektem uchwały w sprawie emisji obligacji komunalnych o wartości 546,064 mln zł. Dokument przygotowany przez prezydenta Aleksandra Miszalskiego przewiduje, że papiery te zostaną rozpisane na trzy serie, a ich wykup nastąpi dopiero w latach 2029–2041. Oznacza to, że obecne władze rozwiązują problem bieżących finansów kosztem kolejnych kadencji i kolejnych pokoleń krakowian. Najmniejsza część obligacji zostanie spłacona za cztery lata, ale reszta dopiero pod koniec następnej dekady.

Środki z emisji mają zostać przeznaczone na dwa cele: spłatę wcześniejszych zobowiązań oraz sfinansowanie części deficytu budżetowego na 2025 rok. Trudno o bardziej czytelny obraz sytuacji finansowej miasta – Kraków zaciąga nowe długi, by spłacać stare. Uchwalony w grudniu budżet przewidywał deficyt na poziomie 727,7 mln zł, finansowany emisją obligacji i pożyczką. W czerwcu radni musieli podnieść górny limit emisji obligacji, bo potrzeby budżetowe okazały się większe niż zakładano jeszcze kilka miesięcy wcześniej. To pokazuje, że problem nie jest incydentalny, ale systemowy.

Tymczasem całkowity dług miasta rośnie w tempie, którego nie da się bagatelizować. W połowie 2024 roku wynosił około 6 miliardów złotych, a do końca 2025 roku ma osiągnąć 7,5 miliarda. To wzrost o jedną czwartą w zaledwie półtora roku i podwojenie kwoty sprzed pięciu lat. Każda nowa emisja obligacji powiększa nie tylko sam dług, ale też koszty jego obsługi, które zjadają coraz większą część budżetu. Odsetki trzeba płacić natychmiast, a kapitał spłacany będzie dopiero za kilkanaście lat.

Władze miasta zapewniają, że pracują nad stabilizacją finansów. Wymieniają skuteczniejsze egzekwowanie należności, lepsze zarządzanie majątkiem, wykorzystanie środków z Krajowego Planu Odbudowy czy wzrost wpływów z podatków. Równocześnie jednak mieszkańcy otrzymują jasny sygnał, że kryzys finansowy samorządu będzie przerzucany na nich. Od września obowiązuje wyższa o trzydzieści procent opłata za śmieci, zmieniły się zasady w Strefie Płatnego Parkowania, a temat podwyżek cen biletów komunikacji miejskiej regularnie wraca na stół. Te działania mają zasypać dziurę w budżecie, ale w rzeczywistości oznaczają, że krakowianie płacą coraz więcej za usługi publiczne, nie mając pewności, że miasto rzeczywiście poradzi sobie z narastającym długiem.

Na tym tle symboliczne wydatki, takie jak powrót do sieci Eurocities, warte około 80 tysięcy złotych rocznie, mogą wydawać się drobiazgiem, ale w obecnej sytuacji są raczej dowodem na brak spójnej hierarchii priorytetów. Miasto zadłuża się na setki milionów, a jednocześnie podejmuje decyzje, które łatwo uznać za gesty wizerunkowe.

Obligacje za ponad pół miliarda złotych nie są pierwszym takim rozwiązaniem. W 2024 roku Kraków planował emisję na 300 milionów złotych, a na rynku pojawiła się m.in. seria KRA0424 warta 180 milionów. Skala tegorocznego projektu jest jednak znacznie większa i jasno pokazuje, że miasto coraz mocniej uzależnia swoje finanse od zadłużenia.

Radni zdecydują 17 września, czy dać zielone światło kolejnej emisji. Niezależnie od wyniku głosowania jedno jest pewne – Kraków żyje dziś na kredyt, a każda nowa decyzja o emisji obligacji tylko odsuwa w czasie moment, w którym trzeba będzie zmierzyć się z konsekwencjami. Pytanie nie brzmi już, czy miasto wpadnie w kryzys finansowy, ale jak długo będzie w stanie odwlekać jego nadejście.

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry