We wrześniu informowaliśmy, że radni dali zielone światło prezydentowi Aleksandrowi Miszalskiemu na emisję obligacji o wartości ponad pół miliarda złotych. Tamta uchwała oznaczała, że miasto zadłuża się, by spłacać wcześniejsze zobowiązania i łatać bieżący deficyt. Minął ledwie miesiąc, a Prezydent Krakowa wraca z kolejnym pomysłem – tym razem chce, by Kraków wyemitował obligacje komunalne za 305 milionów złotych. Projekt uchwały trafił już do porządku obrad najbliższej sesji Rady Miasta.
Od pół miliarda do kolejnych setek milionów
17 września radni przyjęli przygotowany przez prezydenta projekt emisji obligacji na łączną kwotę 546 mln zł. Pakiet został rozpisany na trzy serie, a terminy wykupu wyznaczono na lata 2029–2041. Najmniejsza część długu zostanie spłacona dopiero w kolejnej kadencji, ale większość dopiero pod koniec następnej dekady. Teraz Aleksander Miszalski proponuje coś jeszcze bardziej odległego w czasie – nową emisję w wysokości 305 mln zł, która zostanie przeprowadzona w jednej serii w 2025 roku, a wykup zaplanowano dopiero w latach 2040–2043. W praktyce oznacza to, że rachunek za pomysł prezydenta zapłacą kolejne pokolenia krakowian.
Obligacje komunalne to w praktyce forma kredytu. Miasto pożycza pieniądze od inwestorów – zwykle banków – a w zamian zobowiązuje się oddać je w przyszłości z odsetkami. Dla mieszkańca oznacza to, że dzisiejsze rachunki miasta są opłacane pożyczonymi pieniędzmi, które trzeba będzie zwrócić za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Taką właśnie drogę wybrał prezydent Krakowa Aleksander Miszalski – zamiast szukać oszczędności, proponuje kolejne emisje obligacji.
WARTO PZRECZYTAĆ: Czy prezydent Miszalski ukrywa komentarze mieszkańców Krakowa na swoim FB?
Pomysł prezydenta: bieżące wydatki na kredyt
Zarządzenie w sprawie wniesienia projektu pod obrady Rady Miasta zostało podpisane przez Aleksandra Miszalskiego 29 września. W uzasadnieniu do uchwały czytamy wprost: „Środki uzyskane z emisji obligacji komunalnych zostaną przeznaczone na pokrycie części planowanego w 2025 roku deficytu budżetu”. Dalej Prezydent Miszalski wskazują, że chodzi o „wydatki bieżące w zakresie m.in. edukacji i transportu”. To więc nie są pieniądze na nowe linie tramwajowe, mosty czy szkoły. Prezydent chce zadłużyć miasto, by pokryć codzienne koszty funkcjonowania – takie jak pensje nauczycieli czy utrzymanie komunikacji miejskiej.
W uzasadnieniu Miszalski podkreśla, że „emisja obligacji daje gminie możliwość bardziej precyzyjnego dostosowania harmonogramu wykupu obligacji do swoich możliwości finansowych”. Oznacza to, że prezydent może dowolnie przesuwać spłatę długu w czasie. W tym przypadku zdecydował, że rachunek zostanie uregulowany dopiero w latach 2040–2043.
Projekt prezydenta zakłada emisję obligacji na okaziciela, niezabezpieczonych, rejestrowanych w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych. Miasto będzie płacić zmienne oprocentowanie co najmniej raz w roku, a kapitał spłaci dopiero po dwóch dekadach. Odsetki obciążają budżet natychmiast, a sama kwota długu zostaje przesunięta w przyszłość. To wygodne politycznie – obecne władze nie muszą się martwić, jak oddać 305 mln zł. Problem zostanie przerzucony na tych, którzy będą rządzić Krakowem w latach 40. XXI wieku. To tak, jakby gospodarstwo domowe brało kredyt tylko po to, by opłacić rachunki. Można przetrwać kolejny rok, ale odsetki zaczynają rosnąć, a sam dług trzeba będzie spłacić za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat.
Na koniec 2024 roku zadłużenie Krakowa wyniosło 6,84 miliarda złotych – podał magistrat. To o ponad 13 procent więcej niż rok wcześniej. Prognozy wskazują, że do końca 2025 roku dług miasta sięgnie 7,5 miliarda złotych. Przy długu rzędu 6,5 miliarda zł koszt jego obsługi to około 370 milionów zł rocznie. To pieniądze, które mogłyby zostać przeznaczone na nowe inwestycje, gdyby nie odsetki. Każda nowa emisja obligacji – a są to kolejne projekty autorstwa prezydenta – zwiększa nie tylko samą kwotę zadłużenia, ale także koszty jego obsługi. Przeliczając to na mieszkańców – przy długu rzędu 7,5 mld zł każdy krakowianin, od noworodka po seniora, ma dziś na swoich barkach średnio około 10 tysięcy złotych długu miejskiego.
Budżet Krakowa na 2025 rok zakłada dochody w wysokości 9,1 mld zł i wydatki na poziomie 9,8 mld zł. Deficyt – około 700 mln zł – ma być sfinansowany głównie emisją obligacji i pożyczkami. To nie pierwszy raz: w 2024 roku deficyt wyniósł aż 845 mln zł. Władze miasta podkreślają, że poprawił się wynik operacyjny – deficyt bieżący spadł w 2024 roku do około 260 mln zł. To jednak niewielkie pocieszenie wobec faktu, że Kraków regularnie łata dziurę budżetową długiem, a prezydent proponuje, by kolejne setki milionów złotych pozyskiwać właśnie z obligacji.
Rosnące zadłużenie ma też swoje praktyczne skutki. W budżecie na 2025 rok zabrakło pieniędzy na część zapowiadanych inwestycji. Wstrzymano budowę Centrum Sportów Zimowych (koszt ok. 100 mln zł), a także zrezygnowano z nowej siedziby Zarządu Zieleni Miejskiej (ok. 50 mln zł). To przykłady pokazujące, że rosnący dług staje się hamulcem dla rozwoju miasta – i to mimo zapewnień władz, że „finanse są pod kontrolą”. Miasto oficjalnie przyznaje, że musi oszczędzać, bo coraz większą część budżetu pochłaniają raty i odsetki od zadłużenia.
W tym samym czasie, gdy prezydent wnosi kolejne projekty zadłużania miasta, ratusz podejmuje decyzje, które można określić mianem wizerunkowych. Powrót do sieci Eurocities za ok. 80 tys. zł rocznie czy nowe strategie promocyjne wyglądają na drobiazgi wobec miliardowych zobowiązań, ale symbolicznie pokazują brak spójnej hierarchii priorytetów. Mieszkańcy dostają natomiast wyższe rachunki: od września obowiązuje 30-procentowa podwyżka opłat za śmieci, zmieniły się zasady w Strefie Płatnego Parkowania, a temat podwyżek cen biletów komunikacji miejskiej regularnie wraca na stół.
CZYTAJ: W przyszłym roku podwyżka cen biletów w Krakowie? „Może być nieunikniona” – mówi prezydent Miszalski
Kraków żyje na kredyt
Październikowa uchwała to kolejny krok w stronę finansowego uzależnienia od długu. Prezydent Krakowa proponuje, by miasto „oddychało” kredytem i zamiast szukać oszczędności lub restrukturyzacji finansów, przesuwało odpowiedzialność na przyszłość. Radni zdecydują 8 października, czy przyjąć projekt prezydenta. Bez względu na wynik głosowania jedno jest pewne: Kraków tonie w długach, a każda kolejna decyzja o emisji obligacji tylko odwleka moment zderzenia z rzeczywistością.
Dług rośnie szybciej niż wpływy do kasy miasta, a kolejne emisje obligacji sprawiają, że rachunek za dzisiejsze decyzje spłacać będą nie tylko obecni krakowianie, ale i ich dzieci.





















