Kraków zmienia zasady dla kwiaciarek na Rynku Głównym. Czy to koniec tradycji?

fot. Puls Krakowa

Kwiaty z Rynku Głównego – symboliczne jak hejnał i równie odporne na pogodę – stoją dziś przed największą zmianą od dekad. Miasto ogłosiło, że tradycyjna formuła ich działania właśnie dobiega końca. Oficjalnie: w imię ujednolicenia zasad. Nieoficjalnie – dla wielu to początek końca ostatniego bastionu miejskiej „tradycji z krwi i kości”, której nie da się odtworzyć w przetargu.

Choć krakowski magistrat zapewnia, że chce „zachować tradycję”, sposób wprowadzania nowych zasad – poprzez przetarg i pełne podporządkowanie stoisk kwiatowych komercyjnemu modelowi znanemu z obwarzanków i pamiątek – budzi obawy, że w praktyce może to prowadzić do zaniku autentycznej, pokoleniowej formy handlu. I nie ma w tych słowach przesady – obecne kwiaciarki kontynuują tradycję swoich matek i babek, tradycję, która za czasów prezydenta Jacka Majchrowskiego, jak i jego poprzedników, była szanowana. Planowana zmiana niesie ryzyko kulturowej straty, której nie da się później odtworzyć z pomocą umów i regulaminów.

Miasto stawia sprawę jasno: system dzierżawy prowadzonej przez spółkę kwiaciarek nie będzie kontynuowany. Magistrat stoi na stanowisku, że konieczne są zasady takie same, jak dla całej reszty stoisk ruchomych na Rynku. Przetarg i indywidualne umowy – w praktyce zupełnie nowa rzeczywistość. Obecna umowa (zawarta 9 października 2020 r.) wygasła 30 września, a dzierżawca ma czas na oddanie terenu do 30 kwietnia 2026 r. Do tego momentu kwiaciarki jeszcze będą – ale już w cieniu przyszłych zasad, które wejdą w życie nie wcześniej niż 1 maja 2026 r.

Miasto argumentuje, że chodzi o spójny system. Obwarzanki, pamiątki, lody, drobny handel – wszystko od lat działa poprzez przetarg. Tylko kwiaty pozostawały wyjątkiem. Nowy model ma więc „przywrócić transparentność”, a wyłonieni w przetargu przedsiębiorcy będą zawierać umowy bezpośrednio z Wydziałem Spraw Administracyjnych. Co ważne – obecny dzierżawca także może stanąć do przetargu.

Krakowskie kwiaciarki były przez dekady czymś więcej niż stoiskami. Tworzyły własną mikrosocjologię Rynku: panie znające pół miasta, potrafiące doradzić, komu daje się róże, a komu frezje „na zgodę”. Historie mieszkańców zapisywały się w ich pamięci równie trwale jak wzory płytek pod nogami. To one sprzedawały kwiaty na egzaminy, randki, pogrzeby, śluby, przeprosiny i pojednania. Teraz stają przed perspektywą przetargu – narzędzia, które działa w świecie pamiątkowych breloków, ale ze światem tradycji bywa w konflikcie. Mechanizm rynkowy nie ocenia, kto stoi tam od czterdziestu lat, tylko kto zaproponuje najkorzystniejszą ofertę. I w tym właśnie tkwi sedno problemu: nawet jeśli miasto chce dobrze, metoda może zadziałać jak walec. Równy – ale dla wszystkich jednakowo twardy.

Czy kwiaty z Rynku znikną? Miasto zapewnia: nie. „Priorytetem jest zachowanie tradycji”. Jednak to, jak tradycja przetrwa po przetargu pozostaje pod dużym znakiem zapytania. Nie trzeba długo rozmawiać z krakowianami, aby natknąć się na powtarzający się lęk: że w miejscu kwiaciarek pojawią się eleganckie, zunifikowane kioski z korporacyjnym brandingiem, a sprzedawcy będą się zmieniać co sezon. Że zamiast krakowskich historii dostaniemy plastikowy produkt „z elementami folkloru”. To oczywiście scenariusz pesymistyczny, ale wcale nie nierealny. Rynek już w przeszłości udowodnił, że komercjalizacja potrafi wygrywać z lokalnym charakterem szybciej, niż mieszkańcy zdążą zareagować.Kto wie, może za jakiś czas miasto uzna, że z komercyjnego punktu widzenia najlepszym pomysłem jest postawienie na rynku… kwiatomatów.

Czytaj także: Radny i wspólnik – podwójna rola Aleksandra Miszalskiego

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry