Kraków ma wrócić do Eurocities – sieci zrzeszającej największe europejskie miasta. Prezydent Aleksander Miszalski chce, by miasto ponownie dołączyło do tej organizacji, z której zrezygnowano w 2012 roku. Koszt? 18 tysięcy euro rocznie. W 2025 roku zapłacimy tylko połowę tej kwoty, bo wstąpienie planowane jest dopiero od drugiego półrocza. Projekt uchwały w tej sprawie trafił już do Rady Miasta. Przegłosowanie to tylko formalność.
Wrócić do starego układu
Kraków był członkiem Eurocities do 2012 roku. Wówczas, po analizie korzyści, zdecydowano o rezygnacji. Teraz władze chcą wrócić do tej samej sieci, przekonując, że udział w niej to szansa na „poprawę jakości życia mieszkańców”, „dzielenie się wiedzą” oraz „wspólne kształtowanie polityk miejskich w UE”.
W uzasadnieniu projektu uchwały mowa jest także o możliwości „wymiany doświadczeń” z innymi miastami europejskimi i „aktywnym uczestnictwie w działaniach ukierunkowanych na zrównoważony rozwój, inkluzywność społeczną oraz ochronę klimatu”. Według prezydenta, udział w Eurocities to również szansa na wzmocnienie międzynarodowego wizerunku Krakowa i lepsze wykorzystanie funduszy unijnych.
Ile to będzie kosztować?
Składka członkowska wynosi obecnie 18 070 euro rocznie – według dzisiejszego kursu to około 80 tysięcy złotych. Na ten rok przewidziano wydatek w wysokości 38 756,84 zł, ponieważ Kraków przystąpiłby do sieci dopiero w drugiej połowie 2025 roku.
W przyszłości kwota może jednak wzrosnąć – w dokumentach zaznaczono, że składka „będzie poddana przeglądowi”. Nie wiadomo, czy chodzi tylko o przeliczniki walutowe, czy może o nową formułę finansowania samej organizacji.
Koszt przynależności zostanie pokryty z budżetu Kancelarii Prezydenta Miasta Krakowa, z działu przeznaczonego na „przynależność do samorządowych organizacji zagranicznych”.
Co to właściwie jest Eurocities?
Eurocities to sieć powołana w 1986 roku przez burmistrzów sześciu największych europejskich metropolii: Barcelony, Birmingham, Frankfurtu, Lyonu, Mediolanu i Rotterdamu. Dziś zrzesza około 200 miast z 38 krajów, reprezentujących ponad 130 milionów obywateli. Celem organizacji jest wzajemna wymiana informacji i doświadczeń, ale też wspólne stanowiska wobec instytucji europejskich.
Członkostwo oznacza udział w grupach roboczych, konferencjach, wydarzeniach sieciujących i forach tematycznych. W praktyce – urzędnicy, specjaliści i samorządowcy wyjeżdżają na zagraniczne spotkania, a miasto może się chwalić przynależnością do prestiżowej organizacji. W materiałach promocyjnych pojawia się logo Eurocities, a w prezentacjach miejskich strategii – odniesienia do „europejskich standardów”.
Czy mieszkańcy coś z tego mają?
To pytanie wraca jak bumerang przy każdej tego typu inicjatywie. W projekcie uchwały nie ma mowy o konkretnych, bezpośrednich korzyściach dla mieszkańców Krakowa. Nie wskazano, jakie działania miasta będą zmieniane czy weryfikowane dzięki członkostwu w Eurocities, ani czy w ogóle planuje się przełożenie „dobrych praktyk” na lokalne decyzje.
Władze miasta przekonują, że udział w organizacji to okazja do uczenia się od innych metropolii – jak zarządzać zielenią, jak planować transport, jak rozwijać innowacje społeczne. Tylko czy naprawdę trzeba płacić 80 tysięcy złotych rocznie, by dojść do wniosku, że warto walczyć o czyste powietrze albo poprawić dostępność komunikacji publicznej?
Delegacje, konferencje, strategia
Nie sposób nie wspomnieć o potencjalnych dodatkowych kosztach – choć wprost nie zostały wymienione w uchwale. Członkostwo w Eurocities to także uczestnictwo w wydarzeniach stacjonarnych: coroczne zgromadzenia generalne, fora polityczne, wizyty studyjne. Oznacza to koszty delegacji, noclegów, przelotów, diet i przygotowania prezentacji.
Już dziś wiadomo, że członkostwo nie kończy się na składce. Wymaga również zaangażowania pracowników miejskich jednostek, którzy będą uczestniczyć w pracach organizacji i przygotowywać raporty, analizy i stanowiska.
Formalność w Radzie Miasta
Projekt uchwały w sprawie przystąpienia do Eurocities został przekazany Radzie Miasta Krakowa. Prezydent Aleksander Miszalski dysponuje stabilną większością, a projekt nie budzi większych emocji – więc można założyć, że uchwała przejdzie bez problemów.
Dla części radnych i obserwatorów życia miejskiego pozostaje pytanie: czy w sytuacji, gdy w Krakowie brakuje żłobków, zieleni, a dostępność mieszkań jest coraz gorsza, warto wydawać dziesiątki tysięcy złotych rocznie na przynależność do międzynarodowej sieci, która być może przyniesie „strategiczne inspiracje”, ale z pewnością nie poprawi jutro życia mieszkańców?
W 2012 roku odpowiedź brzmiała „nie”. W 2025 – wszystko wskazuje na to, że będzie „tak”.





















