Kraków śni o metrze. Tylko że ten sen będzie kosztować dwa razy więcej, niż mówią w magistracie. Zamiast 15 miliardów złotych, o których mówi prezydent Aleksander Miszalski, radni i eksperci przekonują, że rachunek może sięgnąć 30 miliardów. I nie chodzi już tylko o błędy w kosztorysie – wciąż nie wiadomo, skąd wziąć choćby pierwszy miliard.
Podczas poniedziałkowej komisji infrastruktury Rady Miasta Krakowa wybuchła jedna z ostrzejszych dyskusji tej kadencji. Powód? Metro, które od kilku miesięcy powraca w oficjalnych komunikatach urzędu niczym pewna wizja, a wciąż pozostaje tylko na papierze.
– Aleksander Miszalski w kampanii obiecywał wbicie łopaty w 2028 roku. Dziś wiemy, że to kompletnie nierealne. Nie ma finansowania, nie ma harmonogramu, nie ma decyzji środowiskowej. Nie ma tak naprawdę nic poza ładną prezentacją – mówił radny Maciej Michałowski z Prawa i Sprawiedliwości. – Ładne obrazki, ale one nie wybudują metra – dodał.
Opozycja punktowała brak konkretów, ale również skalę niedoszacowania projektu. W ratuszu wciąż obowiązuje szacunek na poziomie 14–15 miliardów złotych. Tymczasem radni, którzy analizowali inwestycje w innych miastach, mówią o kwocie co najmniej dwukrotnie wyższej.
– W Londynie 21 kilometrów metra w tunelu kosztowało około 19 miliardów dolarów, czyli prawie 70 miliardów złotych. W Warszawie kilometr centralnego odcinka II linii pochłonął blisko 2 miliardy złotych. U nas trasa ma przebiegać pod ziemią, przez Wisłę, z tunelami pod zabytkowym centrum. To nie może kosztować mniej – mówił Michał Starobrat z klubu Kraków dla Mieszkańców.
Radny Mariusz Kękuś (PiS) nie krył irytacji. – Porywacie się na metro, a nie macie pieniędzy nawet na trasę Pychowicką czy Zwierzyniecką. Można rysować kreski, ale trzeba mieć analizy finansowe. Zdecydujcie, co naprawdę chcecie robić i podejdźcie do tego poważnie – mówił.
W budżecie państwa na 2025 rok nie zapisano ani złotówki na krakowskie metro. Ministerstwo Infrastruktury przyznało wprost, że żaden z istniejących funduszy – drogowy, kolejowy czy subwencja ogólna – nie przewiduje takiego wydatku. Miasto tłumaczy, że to dopiero początek drogi: najpierw dokumentacja, potem wnioski o środki. Ale to właśnie dokumentacja pochłania kolejne miliony, mimo że nie ma żadnej gwarancji finansowania.
Według miejskich planów Kraków byłby w stanie pokryć około 10–15 procent kosztów budowy, czyli nieco ponad miliard złotych. Reszta miałaby pochodzić z funduszy unijnych, pożyczek i partnerstwa publiczno-prywatnego. Ale i tu eksperci są sceptyczni. – W modelu PPP te pieniądze i tak trzeba będzie spłacić. To nie jest darmowy kapitał. Ktoś musi go zwrócić – przypomina Starobrat.
Spór o przebieg trasy: „Pominięto najbardziej zaludnione dzielnice”
Kolejny zarzut dotyczy samej koncepcji przebiegu metra. Wiceprzewodniczący Rady Miasta Michał Drewnicki (PiS) zwrócił uwagę, że zaproponowana trasa z Nowej Huty na Kliny omija najbardziej zaludnione części wschodniego Krakowa. – Pominięto Bieńczyce, dużą część Mistrzejowic i Wzgórza Krzesławickie. To obszary z ogromnym potencjałem pasażerskim. Wnioskuję, by w kolejnych wariantach studium wykonalności uwzględnić te dzielnice – apelował.
Wiceprezydent Stanisław Mazur odpowiadał, że analiz dokonali „wybitni specjaliści”, a decyzje oparto na danych o potokach pasażerskich. – Jeśli nie ma potoków, nie ma efektywności, a więc i finansowania. Trasa jest optymalna z punktu widzenia całego miasta – tłumaczył Mazur. Próbował tonować emocje, przywołując historyczny cytat z prezydenta Józefa Dietla:
– Nie zrażajcie się wielkimi kosztami, bo koszta przeminą, a korzyści będą wieczne. Jak podkreślił, metro to „inwestycja cywilizacyjna i strategiczna”, której nie można porównywać z żadnym innym przedsięwzięciem w Krakowie. Miasto – według zapewnień urzędników – do końca roku przedstawi rekomendację dotyczącą modelu finansowania, a przetarg na wykonawcę miałby zostać ogłoszony w 2030 roku. Budowa potrwa pięć lat.
Tyle że dla wielu radnych brzmi to bardziej jak deklaracja polityczna niż harmonogram inwestycyjny. – Przestaję wierzyć w to metro. W 2028 roku mieliście wbić łopatę, teraz mówicie o przetargu w 2030. To pokazuje, jak niewiele zrobiono przez te wszystkie lata – oceniał Michałowski.
„Zanim znów ogłosicie metro, zastanówcie się”
Krytyczne głosy słychać także po stronie Lewicy. Radna Aleksandra Owca przypomniała, że już w 2024 roku urząd ogłaszał „początek budowy metra”. – Radykalnie odradzałam, byście powtarzali ten błąd. Najpierw zastanówcie się, skąd pieniądze, potem róbcie konferencje – mówiła. Ostro wypowiadał się ponownie Starobrat:
– Dokument, który nam pokazano, nie powstał w Radzie ds. Metra, choć miał. To nie jest produkt ekspercki. Jeśli dla mieszkańców Kurdwanowa czas przejazdu skraca się o minutę, trudno mówić o komunikacyjnym przełomie – podsumował.
Wizja bez pieniędzy
Dziś projekt metra w Krakowie to wciąż wizja. Na mapach wygląda imponująco: 29 kilometrów torów, 29 stacji, zasięg dla 40 procent mieszkańców. Ale w tabelach budżetowych nie ma nic. Nie ma decyzji rządowych, nie ma potwierdzonych źródeł finansowania, nie ma promes ani umów. Miasto zapewnia, że inwestycja powstanie, ale bez realnych pieniędzy trudno uznać te zapewnienia za wiarygodne. Tym bardziej że podobne zapowiedzi słyszeliśmy już w 2019 roku – wtedy pod hasłem „premetra”. Skończyło się na analizach i prezentacjach.
Jeśli więc w 2025 roku wciąż nie wiadomo, z czego Kraków sfinansuje choćby pierwszy odcinek, to pytanie o termin rozpoczęcia budowy staje się czysto teoretyczne. Bo w tym projekcie nie brakuje planów, tylko pieniędzy.





















