Prezydentura Miszalskiego pokazała, dlaczego nie należy bezwarunkowo słuchać aktywistów [Okiem Krakusa]

Aleksander Miszalski, grafika: Puls Krakowa

Aktywiści mają prawo zabierać głos w debacie publicznej, przedstawiać postulaty i patrzeć władzy na ręce. Nie oznacza to jednak, że ich agenda powinna wyznaczać kierunek polityki miasta. Zwłaszcza wtedy, gdy radykalne żądania niewielkiej, choć bardzo głośnej grupy zaczynają być przedstawiane jako jedyny rozsądny i moralnie dopuszczalny sposób działania.

Aktywista ma prawo zajmować się jednym problemem i domagać się jego rozwiązania bez oglądania się na koszty ponoszone w innych obszarach. Polityk takiego komfortu nie ma. Jego zadaniem nie jest maksymalizowanie jednego dobra, lecz godzenie sprzecznych interesów. Musi brać pod uwagę jakość powietrza, ale również sytuację finansową mieszkańców. Komfort pieszych, lecz także potrzeby osób, które samochodem wożą dzieci, dojeżdżają do pracy albo przewożą narzędzia. Zieleń, transport publiczny, handel, dostawy, dostępność usług i zwykłą codzienność ludzi, których życie rzadko mieści się w jednej efektownej infografice.

Problem zaczyna się wtedy, gdy miejsce rzeczowej analizy zajmuje moralizatorska pewność. Samochód przestaje być wówczas narzędziem, a staje się symbolem zła. Jego użytkownik nie jest już mieszkańcem mającym określone potrzeby, lecz kimś podejrzanym: egoistą, trucicielem albo człowiekiem, który nie nadąża za postępem.

To osobliwy sposób myślenia. Samochód nie ma poglądów politycznych. Może służyć do bezsensownego krążenia po centrum, ale może też dowozić pielęgniarkę na nocny dyżur, osobę starszą do lekarza albo towar do niewielkiego sklepu. Jest narzędziem ułatwiającym codzienne funkcjonowanie, podobnie jak wiele innych urządzeń, bez których współczesne życie stałoby się trudniejsze. Walka z samym samochodem przypominałaby więc walkę z pralkami tylko dlatego, że zużywają wodę i energię. Oczywiście analogia nie jest pełna: auta emitują zanieczyszczenia, zajmują przestrzeń i generują ruch. Rozsądna polityka powinna jednak ograniczać konkretne szkody, a nie wypowiadać ideologiczną wojnę przedmiotowi.

Aleksander Miszalski przekonał się, dokąd może prowadzić pomylenie tych dwóch porządków. Jego prezydentura była wyraźnie przychylna postulatom środowisk transportowych i ekologicznych. Doprowadził do wprowadzenia Strefy Czystego Transportu obejmującej większość Krakowa. Zamierzał również przebudować ulicę Starowiślną w taki sposób, by ruch samochodowy odbywał się tylko w jednym kierunku. Dla aktywistów powinien więc być politykiem niemal modelowym: młodym, progresywnym i gotowym przekładać ich postulaty na miejskie uchwały oraz projekty.

A jednak stale słyszał, że robi za mało, zbyt wolno albo z nadmierną liczbą kompromisów. To nie przypadek, lecz istota ruchów opartych na maksymalistycznych postulatach. Każde ustępstwo władzy natychmiast staje się nowym punktem wyjścia. Wczorajszy sukces jest dziś ledwie minimum, a polityk, który spełnił dziewięć żądań, zostaje rozliczony przede wszystkim z dziesiątego.

Tylko Aleksander Miszalski wie, czy wspierał tę agendę z przekonania, czy z chłodnej kalkulacji politycznej. Być może wierzył, że głośne i sprawne komunikacyjnie środowiska zapewnią mu słyszalne wsparcie. Być może pomylił intensywność internetowej obecności z liczebnością, a zasięgi publikacji z rzeczywistym poparciem społecznym.

Jeżeli tak było, popełnił poważny błąd. W decydującym momencie nie powstał wokół niego społeczny mur zdolny zrównoważyć falę sprzeciwu. Kampania referendalna nie dotyczyła wyłącznie transportu i byłoby nieuczciwością sprowadzać wynik głosowania tylko do SCT, Starowiślnej czy polityki parkingowej. Sprawy te stały się jednak symbolami określonego sposobu sprawowania władzy: przekonania, że mieszkańców trzeba doprowadzić do z góry ustalonego celu, nawet jeżeli wyraźnie sygnalizują, że nie akceptują wybranej drogi.

Aktywiści nie mogli zresztą stać się trwałym zapleczem Miszalskiego, nawet gdyby chcieli. Budują swoją tożsamość na patrzeniu władzy na ręce, wywieraniu presji i przedstawianiu siebie jako alternatywy dla tradycyjnej polityki. Otwarte opowiedzenie się po stronie rządzącego prezydenta osłabiłoby tę opowieść. Trudno jednocześnie kreować się na bezkompromisowego kontrolera systemu i pełnić funkcję jego nieformalnego komitetu poparcia.

Nie oznacza to, że aktywiści są „niepolityczni”. Przeciwnie: zajmują się podziałem miejskich pieniędzy, organizacją przestrzeni, zakazami, nakazami i prawami mieszkańców, a więc polityką w jej najczystszej postaci. Różnica polega na tym, że nie ponoszą odpowiedzialności za pełny bilans swoich propozycji. Nie muszą uchwalić budżetu, zapewnić większości w radzie ani wygrać wyborów. Mogą żądać, krytykować i przesuwać granice debaty. To ich prawo, ale również powód, dla którego politycy nie powinni traktować ich głosu jak instrukcji obsługi miasta.

Widać to także w obecnej dyskusji o przyszłości SCT. Kto nie przyjmuje całego pakietu, bywa natychmiast umieszczany po stronie przeciwnika. Nie ma miejsca na pytania o proporcje, obszar strefy, tempo zmian ani ich społeczne koszty. Jest właściwa strona historii oraz wszyscy pozostali.

Kandydaci na prezydenta Krakowa powinni wyciągnąć z losu Aleksandra Miszalskiego prosty wniosek. Aktywistów należy zapraszać do rozmowy, analizować ich argumenty i korzystać z ich wiedzy. Nie wolno jednak mylić ich z reprezentatywną próbą mieszkańców ani zastępować zdrowego rozsądku ich agendą. Głośny głos nadal pozostaje tylko jednym głosem.

Kto o tym zapomni, może wejść na ścieżkę wydeptaną przez poprzedniego prezydenta: najpierw spełniać kolejne postulaty, następnie słyszeć, że zrobił za mało, a na końcu odkryć, że środowisko, któremu próbował się przypodobać, nie jest ani wystarczająco liczne, by zapewnić zwycięstwo, ani zdolne do bezwarunkowej politycznej lojalności.

Miastem nie można rządzić wyłącznie na podstawie tego, kto najgłośniej krzyczy. Zwłaszcza że za decyzje podjęte pod wpływem krzyku ostatecznie płacą również ci, którzy nie ustawiają się w kolejce do megafonu.

Czytaj także: Niepublikowany raport UMK o SCT. Większość mieszkańców Krakowa uważa przepisy za zbyt restrykcyjne

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry