Od miesięcy piszemy o pogarszającej się sytuacji finansowej Krakowa. Zadłużenie miasta przekroczyło już 7 miliardów złotych, a w ostatnich tygodniach prezydent Aleksander Miszalski przygotował kolejną emisję obligacji – tym razem na 305 milionów złotych. Władze tłumaczą, że chodzi o „utrzymanie płynności budżetu”. Coraz wyraźniej jednak widać, że cięcia zaczynają dotykać nie tylko inwestycji, ale i codziennego życia mieszkańców. Najnowszy przykład podała Platforma Komunikacyjna Krakowa: na miasto wyjeżdża zaledwie 220 składów tramwajowych zamiast 260. To najgorszy wynik w roku akademickim od dekady.
Według danych PKK, brakuje aż 15 procent tramwajów. Oznacza to, że codziennie nie wyjeżdża około 40 składów – co w praktyce przekłada się na przepełnione wagony, wydłużony czas oczekiwania i rosnącą frustrację pasażerów. Platforma nazywa to „największymi cięciami krakowskiej komunikacji tramwajowej od dziesięciu lat” i wskazuje, że część zawieszonych linii mogłaby kursować, gdyby nie decyzje administracyjne i oszczędnościowe.
Przykład? Linia 49 z Nowego Bieżanowa została zawieszona z powodu rzekomego braku miejsca na pętli Wieczysta. Według społeczników można było ją skierować przez rondo Mogilskie do Dworca Towarowego – wówczas częściowo zastąpiłaby nieczynne linie 17 i 19. Podobnie jest z linią 16, która mogłaby tymczasowo kończyć trasę na osiedlu Piastów, jednak miasto zdecydowało się ją całkowicie wstrzymać. W sieci krąży już petycja o jej przywrócenie – podpisało ją ponad 600 mieszkańców, ale, jak twierdzą autorzy, została zignorowana przez władze miasta. W tym samym czasie tramwaj numer 18 kursuje dwa razy rzadziej. Miasto tłumaczy to ograniczeniami przepustowości na ulicy Westerplatte i rondzie Matecznego. Platforma Komunikacyjna nie ma jednak wątpliwości: chodzi o cięcia kosztów i „udawanie, że się nie da”.
Kryzys na torach, kryzys w kasie
Ograniczenia w komunikacji miejskiej zbiegają się w czasie z decyzjami Rady Miasta o kolejnych emisjach obligacji. Jak pisaliśmy w Pulsie Krakowa, prezydent Miszalski w ciągu kilku tygodni zaproponował dwie nowe serie długu – łącznie 851 milionów złotych. Oficjalny powód to „zachowanie płynności finansowej gminy”, jednak radni nie mają wątpliwości, że Kraków po prostu roluje zobowiązania.
TYLKO U NAS: Trzynasty pełnomocnik Aleksandra Miszalskiego. Kraków mnoży etaty
Na koniec 2024 roku zadłużenie miasta sięgnęło 6,84 miliarda złotych, a według prognoz w 2025 przekroczy 7,5 miliarda. Koszt obsługi długu to już ponad 370 milionów złotych rocznie. To kwota, która mogłaby pokryć roczne wydatki na komunikację miejską, ale zamiast tego trafia na spłatę odsetek. Nic więc dziwnego, że pasażerowie coraz częściej widzą skutki finansowych decyzji magistratu – w rozkładach jazdy, które pustoszeją.
Podczas ostatniej sesji Rady Miasta radny Michał Starobrat zwracał uwagę, że miasto przesuwa terminy wykupu obligacji z lat 2030–2033 na 2035–2038, a nowe papiery dłużne będą spłacane aż po 2040 roku. – To nie jest żadne zarządzanie finansami, tylko odkładanie problemu na później – mówił. Inni radni wyliczali, że samo przesunięcie spłaty 620 milionów złotych o pięć lat oznacza dodatkowe 30 milionów złotych kosztów.
Tramwaj zamiast obligacji
Wśród mieszkańców rośnie przekonanie, że ograniczenia w komunikacji mają nie tylko charakter techniczny, ale finansowy. Utrzymanie pełnej siatki połączeń wymaga dotacji z budżetu miasta, które w ostatnich miesiącach są coraz trudniejsze do wygospodarowania. W 2025 roku deficyt budżetu ma wynieść ponad 700 milionów złotych – jego pokrycie ma zapewnić właśnie emisja obligacji i nowe pożyczki. Z perspektywy pasażerów to abstrakcyjne liczby, ale w praktyce przekładają się na mniejszą liczbę kursów, rzadziej kursujące linie i dłuższe oczekiwanie na przystankach. Wystarczy porównać tegoroczny rozkład jazdy z tym sprzed dwóch lat, by zobaczyć, że tramwaje kursują coraz rzadziej, a niektóre relacje – jak Bieżanów–Krowodrza Górka – przestały istnieć.
Władze miasta przekonują, że cięcia są tymczasowe i wynikają z remontów torowisk oraz ograniczeń przepustowości. Jednak, jak wynika z analiz Platformy Komunikacyjnej, część tras mogłaby funkcjonować, gdyby nie decyzje o oszczędnościach.
Spirala, której skutki widać na torach
Kiedy w październiku prezydent Miszalski zgłaszał pomysł nad kolejną transzą obligacji, radny Mariusz Kękuś ostrzegał, że spirala długu w końcu odbije się na usługach komunalnych. – Każde 100 milionów złotych, które wydajemy na odsetki, to 100 milionów mniej na komunikację, edukację i inwestycje – mówił. Kilka dni później okazało się, że na miasto wyjeżdża o 40 tramwajów mniej.
To może być dopiero początek większego problemu. Jeśli sytuacja finansowa miasta się nie poprawi, oszczędności mogą dotknąć również autobusów, remontów torowisk czy planowanych inwestycji transportowych.
TYM ŻYJE KRAKÓW: W przyszłym roku wyższe podatki lokalne? Prezydent Krakowa chce zmian od stycznia





















