Nie chodzi tylko o frytki. Grażyna Banach-Kociołek o pracy, która daje sens (ROZMOWA PULSU)

Powrót foodtrucka nad Zalew Nowohucki po miesiącach przerwy to nie tylko wznowienie sprzedaży, ale przede wszystkim przywrócenie miejsc pracy dla osób z niepełnosprawnością intelektualną. Grażyna Banach-Kociołek, prezes stowarzyszenia Społeczna 21, które prowadzi także kawiarnię społeczną Kaffka, podkreśla w rozmowie z „Pulsem Krakowa”, że to właśnie zatrudnienie i samodzielność pracowników są w tej działalności najważniejsze. Jak mówi, foodtruck i kawiarnia powstały nie po to, by tylko obsługiwać klientów, ale by dawać ludziom pracę, poczucie sensu i miejsce w społeczeństwie.

PulsKrakowa.pl: 7 marca foodtruck nad Zalewem Nowohuckim znów ruszył po remoncie. Jakie emocje towarzyszyły temu pierwszemu dniu po tylu miesiącach niepewności?

Grażyna Banach-Kociołek:  Uruchomienie foodtrucka 7 marca było dla nas ogromnym wyzwaniem. Towarzyszyło nam bardzo dużo emocji, bo do samego końca nie było pewności, czy wszystko uda się zgrać w czasie i czy zdążymy z przygotowaniami. Bardzo zależało nam na tym, żeby otworzyć się jeszcze przed weekendem, bo to zawsze jest dobry moment na rozpoczęcie działalności.

Plan był taki, żeby foodtruck przyjechał trzy dni wcześniej, żebyśmy mogli wszystko spokojnie przygotować. Ale pojawiły się problemy organizacyjne, część rzeczy nie dojechała na czas i musieliśmy czekać praktycznie do ostatniej chwili. Foodtruck przybył późnym wieczorem, a następnego dnia w południe już ruszył, więc naprawdę musieliśmy bardzo mocno się spiąć, żeby zdążyć na czas. Na otwarcie czekali też nasi pracownicy. Z tygodnia na tydzień pytali, kiedy wreszcie wrócą do pracy, bo oni naprawdę bardzo ją lubią. Ta przerwa była dla nich trudna.

Foodtruck działa już od lat i stał się rozpoznawalnym miejscem w Nowej Hucie. Co dla Pani osobiście jest największą satysfakcją, gdy widzi Pani pracowników przy pracy?

Dla mnie ta satysfakcja ma dwa wymiary — mikro i makro. Mikro dlatego, że w tym miejscu pracuje moja córka. Na co dzień widzę, jak ważne jest dla niej przygotowanie się do pracy, jak bardzo ta praca porządkuje jej dzień i daje jej poczucie sensu. Ona sama wszystko organizuje, sama się przygotowuje, sama jedzie i wraca. Pójście do pracy jest dla niej najważniejszym punktem dnia.

To jest dla mnie szczególnie poruszające, bo widzę, że praca stała się dla niej ważniejsza nawet od wcześniejszych pasji. A makro polega na tym, że poza nią pracuje u nas większa grupa osób i kolejne chcą wejść na rynek pracy. Dziś w foodtrucku pracuje pięć osób, a w kawiarni sześć, czyli razem jedenaście. I to jest właśnie najważniejsze. My nie powołaliśmy tego po to, żeby sprzedawać frytki czy kawę, tylko po to, żeby ci ludzie mieli zatrudnienie. To jest nasza misja.

Remont kosztował około 80 tysięcy złotych. Jak wyglądała ta zima od strony organizacyjnej?

To był bardzo trudny czas, bo ta kwota od początku była tylko szacunkiem. Nie wiedzieliśmy dokładnie, ile środków będzie potrzebnych, żeby nie tylko wyremontować foodtruck, ale też po prostu przetrwać i utrzymać miejsca pracy.

Przez kilka miesięcy — od grudnia, przez styczeń i luty, aż do początku marca — pracownicy nie wykonywali swojej codziennej pracy, ale nie zostali zwolnieni. Otrzymywali wynagrodzenia, a dla takiego przedsięwzięcia to jest ogromne obciążenie, bo przy zamkniętej działalności nie da się tych pieniędzy po prostu wypracować. Stąd pomysł na zbiórkę i liczenie na społeczność, która od lat nas wspiera i kibicuje temu miejscu.

Grażyna Banach-Kociołek

Zbiórka internetowa była ważna, ale duże wsparcie przyszło też z Fundacji „Zróbmy sobie Kraków”. Co to dla Państwa znaczyło?

To była dla nas ogromna ulga. Bardzo się stresowaliśmy, że nie uda się zebrać całej kwoty tylko dzięki naszym wiernym sympatykom. Wiedzieliśmy, że mówimy o dużych pieniądzach. Już w momencie rozmów z firmą, która miała remontować foodtruck, mieliśmy świadomość, że jeśli chcemy ruszyć, to musimy oddać go do naprawy, a jednocześnie nadal brakowało nam pieniędzy na utrzymanie miejsc pracy.

Dlatego telefon z informacją o wsparciu był dla nas naprawdę czymś ogromnym. To nie była symboliczna pomoc, tylko realne wsparcie, które dało nam wielkie poczucie ulgi i pozwoliło doprowadzić wszystko do końca.

Czy był w ostatnich miesiącach taki moment albo reakcja pracowników, która szczególnie Pani zapadła w pamięć?

Tak naprawdę cieszyli się wszyscy. Dzień, w którym dostali informację, że mamy już wszystkie środki i foodtruck wróci, był jednym wielkim świętem. Cała ekipa była wtedy w klubie aktywnych zawodowo, bo tam spędzali dużo czasu podczas przerwy — wspierali się, szkolili, przypominali sobie czynności, zadania i ofertę, żeby z tego rytmu nie wypaść. Kiedy pojawiła się wiadomość, że wracamy, wybuchło jedno wielkie „hura”. Z tego, co słyszałam, niektórzy nawet popłakali się z radości.

Po remoncie pojawiły się też zmiany w ofercie. Co konkretnie się zmieniło?

Foodtruck działa we franczyzie i nasz franczyzodawca już wcześniej zaczął rozszerzać menu. W zeszłym roku zaczęliśmy wprowadzać nowe elementy, między innymi serki czy kurczaka w panierce. To oznaczało dla pracowników nowe zadania, inne sposoby przygotowania i wydawania produktów, a także trochę inne rozliczanie sprzedaży.

Po ponownym otwarciu weszła już pełna oferta franczyzodawcy. I my jesteśmy na to gotowi. Na początku wartością foodtrucka było to, że menu było krótkie, powtarzalne i proste, co bardzo pomagało w aktywizacji zawodowej osób z niepełnosprawnością intelektualną. Ale z czasem pracownicy nabrali takiej pewności, że byli już gotowi na nowe wyzwania. Ta zmiana przyszła więc w dobrym momencie.

Społeczna 21 to nie tylko foodtruck, ale też kawiarnia społeczna Kaffka. Jak te dwa miejsca się uzupełniają?

W czasie, kiedy foodtruck był wyłączony, część działań rzeczywiście mocniej przeniosła się do kawiarni. Nasi pracownicy przychodzili tam częściej, podejmowali niektóre zadania właśnie w tej przestrzeni, a część z nich częściej była też delegowana do obsługi cateringów.

To było dla nich ważne doświadczenie, bo mogli spróbować swoich sił w trochę innym środowisku pracy. Dla zespołu było to rozwijające i edukacyjne. Kawiarnia w tym czasie naprawdę pomogła utrzymać aktywność i rytm działania.

Jakie największe bariery widzi Pani w utrzymywaniu takich miejsc na dłuższą metę — poza finansami?

Największym wyzwaniem jest rozumienie osoby z niepełnosprawnością intelektualną. Potrzebna jest empatia, ale też wiedza. To wcale nie jest oczywiste, że pełnosprawny człowiek naprawdę rozumie, jak funkcjonuje ktoś z niepełnosprawnością intelektualną.

Myślę, że to jest jednocześnie wyzwanie i misja społeczna. Jeśli jako społeczeństwo nie próbujemy zrozumieć osób słabszych w różnych obszarach i nie próbujemy wejść w ich sytuację, to bardzo łatwo jest nam mówić o nich z zewnątrz, ale dużo trudniej naprawdę coś pojąć. Takie miejsca jak foodtruck i kawiarnia dają możliwość spotkania, rozmowy, zwykłego kontaktu. A to jest także bardzo ważna forma edukacji społecznej.

Na koniec — co chciałaby Pani powiedzieć mieszkańcom Nowej Huty i wszystkim, którzy przychodzą nad zalew?

Jeżeli chcecie spotkać szczęśliwych ludzi w pracy, to przyjdźcie nad Zalew Nowohucki. Szczęście w pracy nie jest dziś czymś łatwym ani oczywistym, a tam naprawdę je widać.

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry