20 stycznia jeździmy po Krakowie za darmo, choć nie wszyscy korzystają z tej ulgi w równym stopniu. Pasażerowie z biletami okresowymi zapłacili za ten „darmowy” dzień wcześniej – i właśnie dlatego miasto powinno automatycznie przedłużać im ważność abonamentów, doliczać rabat przy kolejnym zakupie albo tworzyć „bank dni” do wykorzystania w przyszłości.
Wtorkowa decyzja o bezpłatnej komunikacji, podjęta w związku z przekroczeniem stężeń PM10, wpisuje się w znany krakowianom schemat: jest alert smogowy, jest komunikat, są darmowe przejazdy. W teorii korzystają wszyscy, w praktyce — wcale nie tak równomiernie. Dla pasażera, który zwykle kupuje bilet jednorazowy albo korzysta sporadycznie, to wyłącznie bonus. Dziś jedzie bez żadnego kosztu.
Dla posiadacza biletu miesięcznego, kwartalnego czy rocznego to tylko kolejny dzień, za który zapłacił już wcześniej — i którego wartości nikt nie zamierza mu zwrócić. W oficjalnych komunikatach nie pada ani słowo o tym, że „darmowa komunikacja” w rzeczywistości dotyczy tylko tych, którzy nie płacą abonamentu. A szkoda, bo paradoks jest widoczny gołym okiem: najwierniejszy użytkownik transportu zbiorowego jest jedynym, który na takim dniu nic nie zyskuje.
Miasto lubi powtarzać, że bilety okresowe są fundamentem systemu. Że to stały strumień środków, że one zapewniają przewidywalność działania, że dzięki nim można utrzymać częstotliwość kursów. Jeśli tak, to trudno zrozumieć, dlaczego właśnie ta grupa pozostaje całkowicie pominięta przy okazji dni darmowych przejazdów. Bo nawet jeśli taki dzień zdarza się kilka razy do roku, to dla osoby, która jeździ codziennie, różnica w wartości abonamentu jest bardzo konkretna. I łatwa do policzenia. A skoro łatwa do policzenia, to równie łatwa do zrekompensowania.
Dzisiejsze systemy biletowe dokładnie wiedzą, kto ma aktywny bilet i w jakim okresie. Wiedzą, że czyjś bilet miesięczny obejmuje również 20 stycznia, który miasto postanowiło wyłączyć z pobierania opłat. Nie trzeba więc rewolucji technologicznej, żeby powiedzieć: skoro bilet był ważny w dniu darmowej komunikacji, automatycznie dodajemy jeden dzień ważności. Proste, czytelne, uczciwe.
Można też łatwo przeliczyć to na rabat przy kolejnym zakupie biletu. Jeśli w trakcie obowiązywania abonamentu wypadły dwa dni darmowe — cena następnego biletu jest obniżona proporcjonalnie. Rozwiązanie przejrzyste i niewymagające od pasażera jakiejkolwiek ingerencji.
A jeżeli miasto chciałoby postawić na pełną elastyczność, można stworzyć tzw. bank dni. Każdy darmowy dzień zapisuje się na koncie pasażera, a ten może go wykorzystać później, przedłużając ważność kolejnego biletu wtedy, kiedy mu to najbardziej odpowiada. Wybór formy jest drugorzędny — liczy się zasada: pasażer, który zapłacił z góry, nie powinien finansować ulgi dla pasażera, który nie zapłacił nic.
I to nie jest kwestia konfliktu interesów ani dramatycznych różnic społecznych. To kwestia zwykłej logiki i zwykłej uczciwości. Jeżeli miasto naprawdę chce, by mieszkańcy rezygnowali z samochodów i wybierali transport publiczny, powinno dbać przede wszystkim o tych, którzy robią to codziennie — nie okazjonalnie. O tych, którzy kupują bilety nie dlatego, że akurat jest darmowy dzień, tylko dlatego, że komunikacja miejska jest dla nich podstawowym środkiem transportu.
Smogowy wtorek jest więc dobrym momentem na prostą refleksję: darmowa komunikacja bywa potrzebna, ale jej konstrukcja nie może w nieskończoność opierać się na założeniu, że część pasażerów zapłaci za nią dwa razy — raz przy zakupie biletu okresowego, drugi raz wtedy, gdy ktoś inny jedzie tego dnia za darmo.
Pytanie, czy Kraków jest gotów tę oczywistość przyjąć do wiadomości. Bo dopóki nie, każdy kolejny dzień darmowej komunikacji będzie miał swoją cenę. Zapłaconą — paradoksalnie — przez tych, którzy płacą zawsze.





















