Po publikacji, w której w ślad za portalem Lovekrakow.pl, opisaliśmy temat rzekomego podwojenia wynagrodzeń w radzie nadzorczej Krakowskiego Holdingu Komunalnego do sprawy odniósł się prezes spółki Bogusław Kośmider. Jak twierdzi, nie doszło do realnego zwiększenia pensji, lecz do zmiany podstawy ich wyliczania.
SPROSTOWANIE/WYJAŚNIENIE:
Aleksander Miszalski zarządał sprostowania od Lovekrakow.pl i innych redakcji, które w ślad za Lovekrakow.pl opisały sprawę. Portal Lovekrakow.pl sprostował swój artykuł opisując szczegółowo przyczynę podania błędnej informacji o podwojeniu wynagrodzeń (zmiana metodologii naliczania wynagrodzeń członkom rady nadzorczej). Wszystko powyższe nie zmienia faktu, że Przewodniczący Rady Nadzorczej KHK otrzymuje miesięcznie ponad 9 tys. złotych. Ocenę powyższego faktu pozostawiamy czytelnikom.


W pierwotnych wyliczeniach, w ślad za Lovekrakow.pl w, wskazaliśmy, że po zmianie mnożników – z 1,09 do 2,12 w przypadku przewodniczącego oraz odpowiednio z 1,03 do 2,00 i z 0,97 do 1,88 dla pozostałych członków – wynagrodzenia mogłyby wzrosnąć niemal dwukrotnie. Taka interpretacja opierała się na założeniu, że podstawą nadal pozostaje przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw ogłaszane przez Główny Urząd Statystyczny.
Prezes KHK wskazuje jednak, że od 1 stycznia 2026 roku zmieniła się sama podstawa wyliczeń. Do końca 2025 roku wynagrodzenia ustalano w oparciu o przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw bez wypłat nagród z zysku w IV kwartale roku poprzedniego. Kwota ta wynosiła 9 228,30 zł.
Zgodnie z wyjaśnieniami spółki, uchwałą z 5 grudnia 2025 roku wprowadzono nową podstawę – określoną w przepisach ustawy, której wysokość corocznie wskazuje ustawa okołobudżetowa. W 2026 roku wynosi ona 4 535,89 zł.
Przy takiej podstawie wynagrodzenia członków rady nadzorczej mają wynosić:
– 9 616,09 zł (2,12 × 4 535,89 zł),
– 9 071,78 zł (2,00 × 4 535,89 zł),
– 8 527,47 zł (1,88 × 4 535,89 zł).
Według prezesa, zmiana miała na celu pozostawienie wynagrodzeń na dotychczasowym poziomie, a nie ich zwiększenie. Rzeczywiście, przy poprzednim mechanizmie 1,09 × 9 228,30 zł dawało około 10 058 zł dla przewodniczącego, co oznacza, że obecna kwota jest nawet nieco niższa.
Sprawa pokazuje, jak duże znaczenie ma nie tylko wysokość mnożników, lecz także sama podstawa wyliczeń. W tym przypadku wzrost wskaźników niemal do poziomu „x2” zbiegł się ze zmianą bazowej kwoty na niemal o połowę niższą. Efekt końcowy – według wyjaśnień spółki – nie oznacza więc podwojenia wynagrodzeń, lecz utrzymanie ich na zbliżonym poziomie.
Dyskusja o wynagrodzeniach zbiega się z rosnącym zadłużeniem Krakowa, które na dzień 30 stycznia 2026 roku wynosi 7 854 326 739,30 zł. To kwota obejmująca zarówno kredyty i obligacje, jak i pożyczki – w tym środki z Krajowego Planu Odbudowy – oraz dodatkowe zobowiązanie związane z zakupem terenu dawnego Szpitala Uniwersyteckiego przy ul. Kopernika. Dane przekazał Urząd Miasta Krakowa w odpowiedzi na pytania „Pulsu Krakowa”.
Warto podkreślić, że uzyskanie tych danych nie odbyło się bez problemów. Pod koniec stycznia redakcja Pulsu Krakowa skierowała do Urzędu Miasta formalny wniosek o udostępnienie informacji publicznej dotyczącej aktualnej wysokości zadłużenia oraz jego struktury. Przez kilkanaście dni nie otrzymywaliśmy odpowiedzi ani informacji o terminie jej udzielenia.
14 lutego opisaliśmy tę sytuację w artykule „Dług miasta pozostaje tajemnicą. Lajki prezydenta Miszalskiego – priorytetem”. Wskazywaliśmy w nim, że magistrat nie przekazuje podstawowych danych finansowych, mimo że są one na bieżąco aktualizowane na potrzeby budżetu i wieloletniej prognozy finansowej. W tym samym czasie prezydent Aleksander Miszalski w ciągu kilku godzin odniósł się publicznie do sprawy dotyczącej aktywności pod własnym wpisem w mediach społecznościowych. Urząd był w stanie natychmiast zebrać informacje, przeanalizować je i przygotować komunikat w sprawie lajków, podczas gdy pytanie o miliardowe zadłużenie miasta pozostawało bez odpowiedzi.
Dopiero po publikacji naszego tekstu i nagłośnieniu sprawy magistrat przekazał szczegółowe wyliczenia. Ostatecznie potwierdzono, że na dzień 30 stycznia 2026 r. całkowite zadłużenie Gminy Miejskiej Kraków wynosi 7 854 326 739,30 zł. Z przedstawionych informacji wynika, że podstawowe zadłużenie miasta – wynikające z zawartych i wypłaconych umów – ukształtowało się na poziomie 7 781 135 467,30 zł. Na tę kwotę składają się cztery główne pozycje. Największą część stanowią wyemitowane obligacje – 4 429 064 000,00 zł. To właśnie ta forma finansowania dominuje obecnie w strukturze miejskiego długu. Drugą pod względem wielkości kategorią są kredyty – 2 558 778 606,40 zł. Pożyczki wynoszą 602 554 023,02 zł, natomiast pożyczki z Krajowego Planu Odbudowy – 190 738 837,88 zł. Łącznie te zobowiązania dają 7,78 mld zł.
Do tej kwoty należy jednak doliczyć jeszcze jedno zobowiązanie długoterminowe. Chodzi o 73 191 272,00 zł związane z pozyskaniem przez miasto terenu dawnego Szpitala Uniwersyteckiego w rejonie ulicy Kopernika, na obszarze Wesoła. Jak informuje magistrat, jest to zakup na raty, traktowany jako zobowiązanie długoterminowe. Po jego uwzględnieniu całkowity poziom zadłużenia Krakowa wynosi 7 854 326 739,30 zł.
TYM ŻYJE KRAKÓW: „Rolujemy Kraków”. Radni o długu miasta: spirala, z której nie ma wyjścia
Urząd podkreśla, że prezentowane zadłużenie obejmuje zobowiązania zawarte oraz już wypłacone na podstawie stosownych umów. Oznacza to, że w kwocie tej nie uwzględniono potencjalnych, jeszcze niewypłaconych środków wynikających z przyszłych umów czy planowanych emisji. Magistrat odniósł się również do metodologii liczenia długu. W trakcie roku budżetowego zobowiązania finansowe wykazywane są w wartości nominalnej. Natomiast na dzień bilansowy – zarówno zobowiązania zaciągnięte w walucie polskiej, jak i obcej – wyceniane są według skorygowanej ceny nabycia. Jak wyjaśniono, zasady te wynikają z przepisów regulujących rachunkowość i sprawozdawczość jednostek sektora finansów publicznych. Wśród podstaw prawnych wymieniono m.in. ustawę o rachunkowości, rozporządzenie w sprawie planu kont, rozporządzenie dotyczące klasyfikacji tytułów dłużnych zaliczanych do państwowego długu publicznego oraz rozporządzenie w sprawie szczegółowych zasad uznawania i wyceny instrumentów finansowych.
Kraków ma dziś roczne dochody w wysokości ponad 10 miliardów złotych, a dług stanowi 83 procent tej kwoty. Dwa lata temu było to 89 procent, więc władze miasta mówią o „poprawie”. Ale to tylko chwilowy efekt, bo dochody faktycznie rosną – miasto spodziewa się w 2026 roku wpływów rzędu 9,8 miliarda złotych, a w 2027 nawet 10 miliardów. Problem w tym, że wzrost przychodów niemal w całości pochłoną wyższe wydatki i koszty spłaty kredytów.
Koszt obsługi długu wzrósł z 60 milionów złotych w 2021 roku do ponad 400 milionów złotych obecnie. To kwota, która nie idzie na żadne inwestycje, tylko na odsetki – a więc pieniądze, których już nigdy nie odzyskamy. Miszalski skomentował to półżartem: – „Jeżeli ktoś chce obniżki stóp procentowych, niech napisze rezolucję do prezesa Glapińskiego”.
TYM ŻYJE KRAKÓW: „Rolujemy Kraków”. Radni o długu miasta: spirala, z której nie ma wyjścia
Według ustawy o finansach publicznych dług samorządu nie może przekroczyć jego rocznych dochodów. Jeśli zadłużenie zrówna się z budżetem – czyli przekroczy 9,5 miliarda złotych – Regionalna Izba Obrachunkowa zablokuje budżet miasta. Kraków nie będzie mógł zaciągać nowych kredytów, nie uzyska zgody na emisję obligacji, a każda inwestycja wymagająca wkładu własnego stanie. Miasto będzie musiało przygotować program naprawczy – plan drastycznych oszczędności, który zamrozi rozwój na lata.
W takiej sytuacji Regionalna Izba Obrachunkowa nie tylko „zwróci uwagę” miastu, ale w praktyce przejmie nadzór nad jego finansami. To właśnie RIO sprawdza, czy budżet i wieloletnia prognoza finansowa spełniają wymogi ustawy o finansach publicznych. Jeśli relacja długu i kosztów jego obsługi do dochodów bieżących przekroczy dopuszczalny limit, Izba może odmówić zatwierdzenia budżetu i zobowiązać prezydenta do jego natychmiastowej korekty. Wtedy nie ma już miejsca na uznaniowość czy polityczne tłumaczenia – budżet po prostu nie wejdzie w życie. Miasto nie będzie mogło podpisać nowych umów kredytowych, nie wyemituje obligacji, a banki komercyjne i instytucje finansowe automatycznie wstrzymają wszelkie negocjacje, bo bez pozytywnej opinii RIO samorząd staje się niewiarygodnym dłużnikiem.
To nie jest abstrakcyjna sankcja. Regionalna Izba Obrachunkowa działa jak finansowy strażnik konstytucyjny: nie pozwala samorządom żyć ponad stan. Jeśli Kraków przekroczy próg 100 procent relacji długu do dochodów, Izba wprowadzi rygor nadzorczy, który może oznaczać konieczność przyjęcia tzw. programu naprawczego. To dokument narzucony z góry – nie konsultowany z radnymi, nie poddawany głosowaniu – który wymusza określone działania: cięcia wydatków bieżących, wstrzymanie inwestycji, redukcję zatrudnienia, podwyżki lokalnych opłat. W praktyce RIO nie „doradza”, tylko dyktuje, jak miasto ma się ratować. Jeśli prezydent nie dostosuje się do zaleceń, Izba może sama ustalić plan finansowy miasta, a nawet skierować sprawę do wojewody.
W skrajnym scenariuszu, jeśli sytuacja się nie poprawi, wojewoda ma prawo wprowadzić zarząd komisaryczny – czyli de facto odebrać miastu kontrolę nad jego pieniędzmi. Taki komisarz, wyznaczony przez administrację rządową, ma pełnię władzy budżetowej: decyduje, co finansować, a co wstrzymać, bez pytania o zgodę rady miasta. Dla Krakowa oznaczałoby to utracenie finansowej autonomii, ograniczenie decyzji inwestycyjnych do minimum i przymusowe „zaciskanie pasa” – nie na rok czy dwa, lecz na całe lata. W tym czasie każda złotówka, każdy przetarg, każdy remont musiałby przejść przez biurokratyczne sito Izby i wojewody.
Krótko mówiąc: jeśli Kraków przekroczy próg 9,5 miliarda długu, nie zbankrutuje, ale zostanie objęty finansowym nadzorem. Miasto nie przestanie istnieć, ale przestanie decydować o sobie. Regionalna Izba Obrachunkowa stanie się wtedy nie tyle kontrolerem, co zarządcą bo decyzje o pieniądzach zapadną gdzie indziej – na biurku w RIO, a nie w magistracie przy pl. Wszystkich Świętych. W praktyce oznaczałoby to cięcia w kulturze, administracji, transporcie, pomocy społecznej, a nawet w utrzymaniu szkół. Tymczasem tylko w oświacie miasto dopłaca rocznie ponad miliard złotych więcej, niż dostaje z budżetu państwa. Miszalski przyznał: – „To największe obciążenie dla samorządu, luka oświatowa wynosi 1,5 miliarda złotych”.
Granica 9,5 miliarda złotych długu, uznawana dziś za niebezpieczną, za dwa–trzy lata może być już tylko teoretyczna. Jeśli dochody budżetu przekroczą 10 miliardów, sam próg 100 procent długu automatycznie przesunie się w górę. Ale to nie znaczy, że sytuacja się poprawi – bo prawdziwy problem leży w proporcji między pieniędzmi zarabianymi a wydawanymi. Kraków będzie mieć większy budżet, lecz wciąż zdominowany przez wydatki stałe i spłatę zobowiązań. Innymi słowy: większe liczby na papierze, ale mniej wolnych środków w kasie.
Warto też pamiętać, że prognozy wzrostu dochodów nie są gwarancją. Kraków zakłada, że wpływy z podatków i subwencji będą rosły, ale to założenie łatwo może się rozsypać. Wystarczy spowolnienie gospodarcze, wzrost bezrobocia albo kolejna reforma podatkowa wprowadzona przez rząd, by dochody samorządów nagle spadły. Już w czasie Polskiego Ładu miasto straciło kilkaset milionów złotych wpływów z PIT, których nie udało się w pełni odzyskać. Do tego dochodzi inflacja – im wyższe ceny usług, energii i wynagrodzeń, tym większe wydatki bieżące. W efekcie nawet jeśli dochody nominalnie wzrosną do 10 miliardów złotych, realnie Kraków może mieć mniej pieniędzy do dyspozycji niż dziś. Takie załamanie równowagi byłoby szczególnie groźne w momencie, gdy rosną koszty obsługi długu i przygotowania wielkich inwestycji, jak metro.
Na tym tle pojawia się jeszcze jeden temat – metro. Według dokumentów planistycznych koszt jego budowy ma wynieść co najmniej 15 miliardów złotych, choć w kuluarach urzędnicy mówią nawet o 30 miliardach. Wkład własny miasta to od 10 do 15 procent. To oznacza, że Kraków musiałby wyłożyć od 1,5 do nawet 4,5 miliarda złotych. I tych pieniędzy miasto nie ma. Nie ma też możliwości, by wyłożyć je z bieżących dochodów, bo każda nadwyżka jest już zarezerwowana na spłatę zadłużenia. Oznacza to jedno: jeśli metro powstanie, jego wkład własny również stanie się nowym długiem. A wtedy całkowite zadłużenie Krakowa może przekroczyć 10 miliardów złotych.
– „Nie będziemy oszczędzać na inwestycjach, bo Kraków musi się rozwijać” – powtarza Miszalski. Ale rozwój finansowany pożyczkami to rozwój na kredyt. I choć prezydent ma rację, że „nie grozi nam katastrofa budżetowa”, to przy długu przekraczającym 9,5 miliarda złotych grozić nam zacznie blokada finansowa.
Kiedy dług zrówna się z budżetem, miasto przestanie być wiarygodne jako kredytobiorca. RIO nie pozwoli na kolejne emisje obligacji. Nowe inwestycje staną. Wtedy nie wystarczy już mówić o stabilności – trzeba będzie zacząć spłacać rachunki za wszystkie poprzednie obietnice. Dług Krakowa dziś to 7,8 miliarda złotych. Za rok – ponad osiem i pół. Za dwa lata – dziewięć. A kiedy licznik pokaże 9,5 miliarda, skończy się czas prezentacji i konferencji prasowych. Bo wtedy skończy się prawo do zadłużania. A wraz z nim – prawo do rozwoju na kredyt.





















