Wojciech Rokosz od lat zmienia ściany bloków na Kozłówce w wielkoformatowe obrazy inspirowane przyrodą. To właśnie on stworzył serię ponad 20 ptasich murali, a także dwie botaniczne realizacje powstałe we współpracy z Fundacją Zróbmy Sobie Kraków. W rozmowie z Pulsem Krakowa opowiada o początkach swojej artystycznej drogi, pracy 125 metrów nad ziemią, reakcjach mieszkańców oraz najnowszym muralu „Przystanek Motyla”. Zdradza także, gdzie chciałby namalować kolejną pracę w Krakowie.
Redakcja Puls Krakowa: Co sprawiło, że jako absolwent wydziału malarstwa zajął się Pan muralami?
Wojciech Rokosz, artysta, twórca murali: Już od wczesnej młodości towarzyszyło mi marzenie, żeby malować wielkoformatowe obrazy. Pamiętam, że w piątej czy szóstej klasie szkoły podstawowej zaczytywałem się w biografii Michała Anioła. To właśnie wtedy utwierdziłem się w przekonaniu, że chcę zajmować się sztuką plastyczną, rysowaniem i malowaniem. Myślę, że gdzieś z tyłu głowy zostały mi też jego wielkoformatowe freski.
Akademię Sztuk Pięknych skończyłem w 2003 roku. Studiowałem malarstwo sztalugowe, bo w tamtym czasie nie było osobnej specjalności związanej z malarstwem ściennym. Jednak chciałem się nim zająć. Początkowo rzeczywistość trochę zweryfikowała te plany — trzeba było znaleźć pracę, która pozwoliłaby się utrzymać. Znalazłem zatrudnienie w galerii sztuki, a kiedy ta zakończyła działalność, wróciłem do tematu. W 2014 roku zająłem się malarstwem muralowym.
Gdzie i kiedy namalował Pan swój pierwszy mural?
Przez jakiś czas byłem związany z warszawską firmą, dla której tworzyłem murale komercyjne, tymczasowe. Moją pierwszą autorską pracą był natomiast mural poświęcony profesorowi botaniki Władysławowi Szaferowi, patronowi ulicy na osiedlu Smoczka w Mielcu. Namalowałem go w 2015 roku. Potem realizowałem w Mielcu murale lotnicze, które nawiązywały do tradycji przemysłowej miasta, z którego, nomen omen, pochodzę.
Od kiedy możemy oglądać Pana prace w Krakowie? Czy to właśnie od ptasich murali na Kozłówce zaczęła się Pana krakowska przygoda z muralami?
Dokładnie tak. W 2017 r. prezes tamtejszej spółdzielni, pan Radosław Gruszka, podczas wizyty służbowej w Mielcu zobaczył moje murale i wyszedł z propozycją współpracy. Pojawił się wtedy luźny pomysł, żeby na blokach namalować zabytki Krakowa. Natomiast ja, poszukując inspiracji, czytałem różne materiały na temat Kozłówka i okolicy. Dowiedziałem się wówczas, że w pobliskim Parku Rzecznym Drwinka można spotkać w różnych porach roku ponad czterdzieści gatunków ptaków. To popularne miejsce wśród ornitologów. Stwierdziłem więc, że wątek przyrodniczy będzie przyjemniejszy w odbiorze i lepiej odnajdzie się w zielonym otoczeniu niż temat np. architektoniczny. Wybrałem język oszczędny, minimalistyczny, tak żeby to ptaki były głównymi bohaterami murali. Pierwszy powstał w 2018 r. – dzięcioł zielony na bloku przy ul. Na Kozłówce 2 w Krakowie.
Obecnie ptasie murale zdobią już ponad 20 bloków na Kozłówce. Czy od początku zakładał Pan, że będzie to cała seria?
Nie, w ogóle tego nie zakładałem i z tego, co wiem, spółdzielnia też nie miała takiego planu. Początkowo miały powstać tylko dwa murale – dzięcioł zielony i słowik szary, które zaproponowałem, bo żyją na osiedlu. Natomiast z czasem cykl został rozszerzony, ponieważ pierwsze prace zostały dobrze odebrane przez mieszkańców. Warto dodać, że wszystkie murale są realizowane przy okazji remontów ścian. Kiedy remont się kończy, ja wchodzę na rusztowanie i maluję.
Wspomniał Pan o mieszkańcach. Jak reagowali na Pana osobiście?
Miałem z nimi kontakt głównie podczas malowania. Reakcje były bardzo pozytywne, właściwie nie spotkałem się z negatywnymi. Zdarzały się nawet prośby, żeby na którymś z bloków namalować konkretny gatunek ptaka, na przykład kukułkę, której wtedy jeszcze nie miałem w swoich realizacjach.
Mieszkańcy potrafili też okazać mi wsparcie w bardzo praktyczny sposób. Jedna ze starszych pań, widząc, jak pracuję na rusztowaniu, zaprosiła mnie na kawę i ciastko. Innym razem jedna z mieszkanek przyniosła mi na rusztowanie arbuza. To były bardzo sympatyczne gesty.
Wspomniał Pan, że początkowo wybierał ptaki, które można spotkać na Kozłówce. Czy wraz z rozwojem całego cyklu zmieniło się kryterium ich wyboru?
Tak. Kiedy zobaczyłem, jak bardzo ten projekt się rozwinął i że nie wiadomo, ile jeszcze murali powstanie w przyszłości, zmieniłem kryterium wyboru. Zamiast ograniczać się do ptaków występujących na Kozłówce, zacząłem wybierać gatunki występujące w Polsce.
Trzeba jednak uważać, bo nie wszystkie ptaki, które dziś u nas spotykamy, są rodzime. Przykładem może być kaczka mandarynka. Namalowałem ją w pierwszych latach, choć pochodzi z Azji. Została sprowadzona do Polski, ale z czasem zdziczała i zadomowiła się tutaj. Podobnie sytuacja wygląda z bażantem, który również nie należy do naszej rodzimwej awifauny. Jego jednak jeszcze na Kozłówce nie ma.
Pana nazwisko coraz mocniej kojarzy się z ptasimi muralami. Czy ma Pan wrażenie, że stały się one Pana znakiem rozpoznawczym?
Tak, wydaje mi się, że trochę się w nich wyspecjalizowałem. Maluje je także poza Krakowem. Jeden z nich powstał w Pile, gdzie wygrałem konkurs na mural będący częścią kampanii na rzecz ochrony rybołowa. To w Polsce bardzo rzadki gatunek. Kolejny powstał w Turku, gdzie namalowałem jerzyki. Zrealizowałem też dość nietypowy mural sokoła na nieczynnym kominie przemysłowym w Toruniu. Nie był to mój projekt, ale byłem jego wykonawcą. Pracowałem 125 metrów nad ziemią.
W ubiegłym roku na Kozłówce powstał także mural „Tam, gdzie rosną storczyki”, będący efektem współpracy z Fundacją Zróbmy Sobie Kraków. Skąd wziął się pomysł na tę realizację?
Pomysł wyszedł od fundacji, która skontaktowała się ze mną pod koniec 2024 roku. Zaproponowano mi współpracę przy zaprojektowaniu muralu i znalezieniu odpowiedniej ściany. Ponieważ dobrze znam Kozłówek, zdecydowałem się na tę lokalizację. Okazało się, że spółdzielnia również chętnie przyjmie na swoim terenie mural o innej tematyce. Tak zaczęła się praca nad projektem.
Szukając tematu, chciałem z jednej strony odejść od motywu ptaków, który jest już mocno obecny na tym osiedlu, a z drugiej pozostać przy tematyce przyrodniczej. Wydaje mi się, że przyroda jako tło, w którym ludzie funkcjonują na co dzień, dobrze sprawdza się w przestrzeni miejskiej.
Trzeba bowiem pamiętać, że mural nie jest obrazem, który ogląda tylko osoba, która zdecydowała się go kupić albo odwiedzić galerię. Widzą go również ludzie, którzy nie mieli wpływu na jego wybór i niekoniecznie chcą codziennie patrzeć na określone treści. Muralista musi więc brać pod uwagę otoczenie i odbiorców. Uznałem też, że motyw botaniczny dobrze odnajdzie się na tej konkretnej ścianie – ma ona około 33 metrów wysokości i należy do dziesięciopiętrowego bloku, a dodatkowo jest podzielona klatką pożarową.
Rozmawiamy w dniu odsłonięcia kolejnego Pana muralu na Kozłówce – „Przystanek Motyla”. Czy to kontynuacja współpracy z Fundacją Zróbmy Sobie Kraków? Opowiedzmy więcej o tym projekcie.
Tak, to kontynuacja współpracy z Fundacją Zróbmy Sobie Kraków, która również w tym roku przewidziała realizację kolejnego muralu. Pomysł był dosyć oczywisty, ale wcześniej jakoś nie zwróciłem na niego uwagi. Tym razem inspiracją sytały się dla mnie kwietne ogródki, których na Kozłówce jest dosyć dużo. W spółdzielni odbywa się nawet konkurs na najpiękniejszy ogródek przyblokowy.
Rośliny przedstawione na muralu to właśnie gatunki, które mieszkańcy uprawiają i pielęgnują w tych ogródkach. Wybrałem te, które podobają mi się najbardziej, ale też takie, które dobrze odnajdują się na wąskiej i wysokiej ścianie. Jest więc topinambur, są malwy, hibiskus i róża. Na dole znajduje się jeżówka purpurowa, na której siedzi motyl.
Ile trwają prace nad takim muralem? Jak długo trwa cały proces – od projektu do jego realizacji?
Samo projektowanie, kiedy mam już pomysł, zajmuje zwykle kilka dni. Natomiast znalezienie właściwego pomysłu może trwać znacznie dłużej. To jest wybór spośród nieskończonej liczby możliwości.
Jeśli chodzi o malowanie, to wszystko zależy od konkretnego muralu. Z ptaków, ze względu na specyfikę upierzenia, najdłużej zajęły mi chyba szpak i sóweczka – powstawały około dwóch tygodni. Natomiast „Przystanek Motyla” to duży format, więc przeznaczyłem na niego około miesiąca. Dodatkowo pogoda nie zawsze mi sprzyjała, więc przy lepszych warunkach pewnie udałoby się ten czas skrócić.
Co po „Przystanku Motyla”? Jakie ma Pan kolejne plany?
Przede mną kilka murali, w tym oczywiście kolejne o tematyce ptasiej, jeden nieopodal Krakowa, a drugi na Lubelszczyźnie. Projektuję też inne rzeczy, które zostaną zrealizowane, jeśli nie w tym roku, to w przyszłym.
Związał się Pan mocno z Kozłówkiem. Czy jest jeszcze jakaś dzielnica albo okolica Krakowa, w której chciałby Pan zrealizować mural?
Szczerze mówiąc, chciałbym namalować coś bliżej siebie, w miejscu, w którym mieszkam. Chodzi mi po głowie ściana szkoły na osiedlu Oświecenia. Tematyka byłaby tym razem nie do końca przyrodnicza, tylko bardziej związana z patronem placówki. Jest nim Jan Brzechwa, ale niekoniecznie chciałbym przedstawić jego samego, tylko raczej o coś związanego z jego twórczością.




















