Sprawę jako pierwsza nagłośniła Gazeta Wyborcza: od 1 września krakowscy rodzice stracili dostęp do mobilnej aplikacji Librus. Magistrat nie przedłużył umowy wartej ok. 230 tys. zł rocznie. To suma, która w skali budżetu miasta wydaje się niewielka – odpowiada mniej więcej rocznym pensjom 2–3 dyrektorów departamentów. A właśnie takie nowe departamenty prezydent Aleksander Miszalski wprowadził, powiększając strukturę urzędu.
Pani Anna z Bronowic wychowuje dwóch synów: 9-letniego Michała i 16-letniego Jakuba. Codzienność z dwójką dzieci to ciągła logistyka – szkoła, świetlica, zajęcia dodatkowe. Do tej pory kluczowym narzędziem była aplikacja Librus.
Młodszy syn często miał odwoływane lekcje. Rano dostawałam powiadomienie w telefonie i wiedziałam, że zaczyna później. Dzięki temu mogłam spokojnie zawieźć go do szkoły, bez nerwowego czekania pod drzwiami – opowiada.
Starszy, jak wielu nastolatków, miewał problemy z motywacją. – W zeszłym roku szkolnym zdarzały się wagary. Aplikacja dawała mi natychmiastową informację, czy poszedł na lekcje. Mogłam reagować od razu, zanim problem narastał – dodaje. Od 1 września tego roku rodzina nie ma już takiej możliwości. Dostęp przez przeglądarkę internetową działa, ale bez powiadomień push, szybkich usprawiedliwień czy natychmiastowego kontaktu z nauczycielem.
Miasto tłumaczy, że nie chodzi o oszczędności, ale o „sprawiedliwość”. Z Librusa korzysta około 70 procent szkół, pozostałe działają w innych systemach. – Niesprawiedliwością byłoby finansowanie aplikacji tylko części rodziców – argumentuje Wydział Edukacji. Faktem jest jednak, że dotychczasowa umowa kosztowała około 230 tys. zł rocznie. Informacja o jej wygaśnięciu znalazła się w portalu edukacyjnym UMK, ale wielu rodziców dowiedziało się o zmianach dopiero w pierwszy dzień szkoły, kiedy aplikacja po prostu przestała działać.
Ważne dla mieszkańców: Prezydent Krakowa tańczy na dachu pod polską flagą. Podkład muzyczny z wulgarnym tekstem (VIDEO)
Bezpłatny dostęp przez przeglądarkę pozwala sprawdzić oceny i obecność dziecka, ale nie ma wielu funkcji, do których przyzwyczaili się rodzice. Powiadomienia push, elektroniczne usprawiedliwienia czy szybkie wiadomości do nauczycieli są dostępne tylko w pakietach płatnych: „Mobilne dodatki” (37,99 zł rocznie) i „Mobilne dodatki Plus” (49,99 zł rocznie).
To nie jest luksus, ale codzienne bezpieczeństwo – mówi pani Anna. – Ledwo udaje mi się odebrać młodszego syna ze świetlicy. Teraz każda rozmowa z wychowawcą oznacza branie wolnego dnia w pracy i osobistą wizytę w szkole.
Rodzice muszą teraz sami płacić za aplikację albo pogodzić się z ograniczeniami. Tymczasem w tym samym roku magistrat wprowadził nową warstwę organizacyjną – osiem departamentów nadzorujących wydziały. To kolejne stanowiska dyrektorskie i koszty dla budżetu. Kontrast jest uderzający: miasto znajduje środki na powiększenie urzędu, a oszczędza na narzędziu, które ułatwia życie tysiącom rodzin. 230 tys. zł – mniej więcej tyle, ile roczne pensje 2–3 dyrektorów – zadecydowało o tym, że rodzice 9-latków i 16-latków w Krakowie zostali odcięci od funkcjonalności, które jeszcze niedawno były standardem.
Z raportu „Szkoła 2025” wynika, że 99,3 proc. polskich szkół korzysta z e-dzienników. Najpopularniejsze systemy to Librus (48,2 proc.) i Vulcan (43,8 proc.). Państwowego, jednolitego rozwiązania nie ma – decyzje o wyborze i finansowaniu należą do samorządów. Eksperci ostrzegają, że takie rozdrobnienie rodzi problemy z bezpieczeństwem danych. Ministerstwo Edukacji zapowiada prace nad państwowym e-dziennikiem, ale to na razie odległe plany. W Krakowie decyzja już zapadła – i jej skutki odczuwają rodziny takie jak ta z Bronowic.
Dla urzędników to sprawiedliwość, dla rodziców – oszczędzanie ich kosztem. Pani Anna i tysiące innych krakowskich rodzin muszą zdecydować: płacić za aplikację z własnej kieszeni czy pogodzić się z wersją okrojoną. W budżecie wartym miliardy złotych zabrakło miejsca na 230 tysięcy dla dzieci i rodziców. Ale znalazło się na powiększenie urzędu.
Tym żyje Kraków: Mapa kopert w Krakowie. Aktywiści zrobili w półtora dnia to, czego miasto „nie miało czasu” przygotować





















