Raków Częstochowa – Cracovia 4:1. Porażka „Pasów” i coraz większe zagrożenie spadkiem

Cracovia przegrała na wyjeździe z Raków Częstochowa 1:4 w 29. kolejce PKO Ekstraklasa. Mimo dobrego początku krakowianie nie wykorzystali swoich sytuacji, a czerwona kartka i rzut karny przed przerwą przesądziły o wyniku. „Pasy” pozostają tuż nad strefą spadkową i wciąż walczą o utrzymanie.

W PKO Ekstraklasa nie wygrywa się za wrażenie. I dokładnie to pokazał mecz w Częstochowie, gdzie Raków Częstochowa rozbił „Pasy” 4:1, choć przez ponad pół godziny to krakowianie kontrolowali wydarzenia na boisku.

Cracovia zaczęła odważnie, zaskakująco wysoko i intensywnie. Już w pierwszych minutach było widać pomysł – szybki odbiór, próba gry między liniami i aktywny Dijon Kameri w roli fałszywego napastnika. Problem polegał na tym, że kolejne akcje kończyły się na etapie „prawie”. Strzały były blokowane, niedokładne albo po prostu zbyt lekkie, by zaskoczyć dobrze ustawionego Oliwiera Zycha.

Statystyki z pierwszej części meczu mogły robić wrażenie – kilkanaście prób, kilka sytuacji, przewaga w posiadaniu. Tyle że wszystko to nie miało przełożenia na wynik. A Raków? Czekał. I gdy w końcu zaatakował, zrobił to bezbłędnie. W 39. minucie w polu karnym zrobiło się zamieszanie, piłka spadła pod nogi Patryka Makucha i były napastnik Cracovii nie miał problemu z wykończeniem akcji z kilku metrów. To był moment zwrotny, ale prawdziwy cios przyszedł chwilę później.

Makuch ponownie urwał się obronie, wbiegł w pole karne i został powalony przez Amira Al-Ammariego. Sędzia początkowo sięgnął po żółtą kartkę, jednak po analizie VAR zmienił decyzję – czerwona kartka i rzut karny. Jonatan Braut Brunes wykorzystał jedenastkę, choć Sebastian Madejski był blisko interwencji. Do przerwy było 2:0, a Cracovia grała w dziesiątkę. To był moment, w którym mecz de facto się skończył – choć wynik próbował jeszcze zakłamać rzeczywistość. Po przerwie „Pasy” ruszyły do ataku i szybko złapały kontakt. Kameri dopadł do piłki po zablokowanym strzale i z bliska trafił do siatki. Przez chwilę mogło się wydawać, że mimo wszystko coś jeszcze się wydarzy.

Raków nie tylko uspokoił grę, ale w odpowiednim momencie zadał kolejny cios. W 61. minucie Jean Carlos Silva napędził kontrę lewą stroną i idealnie obsłużył Makucha, który dołożył nogę i zdobył swoją drugą bramkę. Przy stanie 3:1 i grze w osłabieniu Cracovia nie miała już żadnych argumentów. Końcówka była formalnością, choć zakończoną efektownie. W doliczonym czasie gry Leonardo Rocha uderzył z rzutu wolnego w sposób, który rzadko ogląda się na polskich boiskach – piłka wpadła w samo okienko, a Madejski mógł tylko odprowadzić ją wzrokiem.

Ten mecz to klasyczny przykład różnicy między „graniem” a „wygrywaniem”. Cracovia przez długi fragment była zespołem lepiej zorganizowanym, bardziej aktywnym i częściej przy piłce. Raków był za to konkretny, bezwzględny i skuteczny – czyli dokładnie taki, jaki trzeba być w końcówce sezonu.

Dla krakowian ta porażka ma bardzo konkretne konsekwencje. Zespół pozostaje w dolnej części tabeli i wciąż musi oglądać się za siebie. Trzy punkty przewagi nad strefą spadkową to margines błędu, który może zniknąć w ciągu jednej kolejki. Tym bardziej że terminarz nie będzie łaskawy, a presja będzie tylko rosła. Problem Cracovii nie jest nowy – brak klasycznej „dziewiątki”, nieskuteczność i trudności w finalizacji akcji powracają regularnie. W Częstochowie było to widać szczególnie wyraźnie. Nawet przy niezłej organizacji gry ofensywnej brakowało kogoś, kto zamieni sytuacje na gole.

Raków zrobił swoje i spokojnie umocnił się w górnej połowie tabeli. Cracovia wraca do Krakowa z kolejnym sygnałem ostrzegawczym.

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry