Prezydent Krakowa zachęca mieszkańców, by zostali w domach i nie brali udziału w referendum. W Sopocie w 2009 roku prezydent w podobnej sytuacji zrobił odwrotnie – wezwał do głosowania, frekwencja przekroczyła próg, a jego zwolennicy obronili go przy urnach.
W Krakowie mieszkańcy mają w referendum zdecydować, czy odwołać urzędującego prezydenta przed końcem kadencji. Taka sama sytuacja miała miejsce w Sopocie w 2009 roku. Tam również głosowanie dotyczyło tego, czy Jacek Karnowski – ówczesny prezydent miasta – powinien dalej pełnić swoją funkcję, czy zostać odwołany w trakcie kadencji.
W tamtym czasie prokuratura postawiła mu osiem zarzutów, w tym siedem korupcyjnych. Sprawa była szeroko komentowana i doprowadziła do przeprowadzenia referendum.
Karnowski publicznie apelował o udział w głosowaniu i zapowiadał, że podporządkuje się decyzji mieszkańców – „Proszę państwa, abyście w drodze referendum wypowiedzieli się w mojej sprawie” – mówił – „Podporządkuję się każdej decyzji mieszkańców Sopotu. Bez waszego wsparcia nie mogę dalej rządzić” – deklarował.
Referendum zostało przeprowadzone i było ważne – frekwencja przekroczyła wymagany próg. Większość głosujących opowiedziała się za pozostawieniem Karnowskiego na stanowisku. Za tym, aby pozostał na stanowisku prezydenta miasta, głosowało 8037 osób, przeciwko były 4892. Głosów nieważnych oddano 91. Frekwencja wyniosła 40,02%. Aby głosowanie było ważne, musiało w nim wziąć udział co najmniej 3/5 osób, które uczestniczyły w ostatnich wyborach prezydenta miasta, tj. 10.888 osób.
Po ogłoszeniu wyników referendum Jacek Karnowski podziękował mieszkańcom za udział w głosowaniu i okazane wsparcie. Podkreślił, że będzie pracował na rzecz wszystkich sopocian – „Mieszkańcy Sopotu są bardzo obywatelskim społeczeństwem” – mówił. Dodał, że wynik głosowania pokazuje poparcie nie tylko dla niego, ale także dla radnych, którzy go wspierali, mimo ryzyka konsekwencji politycznych.
Miszalski o nagraniu na dachu. „Chodziło o pokazanie pięknych widoków”
Dziś w Krakowie strategia jest odwrotna. W mediach społecznościowych Aleksander Miszalski opublikował wpis, w którym przedstawił swoją strategię na najbliższe tygodnie i bezpośrednio zwrócił się do mieszkańców – „Jeśli uważacie, że powinienem dokończyć kadencję, w dniu referendum zostańcie w domu. Naszym zwycięstwem będzie niska frekwencja” – ogłosił. W dalszej części przekonywał, że referendum „zawsze mobilizuje przeciwników”, dlatego – jego zdaniem – osoby popierające obecne władze nie powinny brać w nim udziału. Jednocześnie podkreślił, że od początku kadencji deklarował gotowość do rozliczenia z efektów swojej pracy i zapowiedział, że w najbliższych tygodniach będzie starał się przekonywać mieszkańców do pozostawienia go na stanowisku do końca kadencji.
Prezydent wskazał również na prowadzone przez miasto działania – inwestycje w transport, edukację, bezpieczeństwo i przestrzeń publiczną – argumentując, że są to procesy wymagające czasu i konsekwencji. W jego ocenie Kraków potrzebuje stabilności i dokończenia rozpoczętych projektów, a referendum może tę ciągłość przerwać.
Apel o nieuczestniczenie w głosowaniu wpisuje się w mechanizm samego referendum – aby jego wynik był wiążący, konieczne jest osiągnięcie określonego progu frekwencji. W praktyce oznacza to, że niska liczba głosujących działa na korzyść urzędujących władz. To właśnie ten element strategii wywołał największe emocje wśród mieszkańców. W komentarzach pod wpisem dominują głosy krytyczne, często wskazujące na sprzeczność między deklarowaną gotowością do rozliczenia a zachęcaniem do bierności wyborczej.
Prezydent pozywa dziennikarzy za publikacje o premiach. Spór o 3 mln zł trafi do sądu
„Czyli wysoka frekwencja i wynik, w którym mieszkańcy opowiedzieliby się za pana pozostaniem, nie wchodzą w grę?” – pyta jeden z internautów. Inni zwracają uwagę na logikę samego przekazu. „Referendum to forma wyborów, więc jednocześnie zachęca i odstrasza ludzi od wyborów. Niezłe salto z logiki” – komentuje jeden z mieszkańców. Pojawia się również wątek wcześniejszych wyborów i frekwencji. „Czy umie Pan wygrywać inaczej niż tylko wykorzystując niską frekwencję?” – pisze jedna z użytkowniczek.
Część komentujących podkreśla, że referendum jest momentem rozliczenia władzy. „Mówi Pan, że chce być rozliczany z efektów pracy – no i będzie” – czytamy w jednym z wpisów. „24 maja to dzień rozliczenia” – dodaje kolejny mieszkaniec. Nie brakuje też bardziej bezpośrednich ocen. „Demokrata zachęcający do niekorzystania z praw wyborczych?” – pyta jeden z internautów. Inny komentuje, że apel prezydenta to „nakłanianie mieszkańców do zostania w domu wyłącznie w celu utrzymania stanowiska”. W komentarzach pojawiają się także głosy wskazujące na przyczyny samego referendum. „Gdyby nie referendum, nic by się nie zmieniło” – pisze jeden z użytkowników.
Prawnik prezydenta za 274 tys. zł. Radni sprawdzają, czy w magistracie doszło do „kolesiostwa”
Aby wynik był wiążący, frekwencja musi wynieść co najmniej trzy piąte liczby wyborców, którzy uczestniczyli w drugiej turze wyborów samorządowych dwa lata temu. W przypadku rady miasta oznacza to blisko 180 tysięcy osób. Jeśli chodzi o prezydenta, próg wynosi około 158 tysięcy mieszkańców. Pod wnioskiem o referendum podpisało się ponad 134 tysiące krakowian.





















