Referendum – święto demokracji. Kraków przypomina sobie, czym jest demokracja [Okiem Krakusa]

W 24. dniu zbiórki podpisów pod wnioskiem o referendum w Krakowie liczba deklarowanych podpisów dobija do 70 tysięcy. W niecały miesiąc. To tempo, które – niezależnie od tego, po której stronie sporu ktoś stoi – trudno zignorować. Bo siedemdziesiąt tysięcy podpisów nie zbiera się przypadkiem. To nie jest efekt chwilowej mody. To jest wyraźny sygnał społeczny.

Zanim jednak dojdzie do ewentualnego głosowania, warto zatrzymać się przy tym, co już się wydarzyło. Bo referendum to nie tylko przyszła karta wyborcza. To także to, co dzieje się dziś na ulicach, pod galeriami handlowymi, na placach, przy stolikach, gdzie wolontariusze zbierają podpisy. To tam widać, czym naprawdę jest demokracja.

W krakowskiej inicjatywie mowa o dwóch odrębnych referendach: w sprawie odwołania prezydenta miasta oraz w sprawie odwołania Rady Miasta. To istotne rozróżnienie, bo procedury i progi ważności nie są identyczne. Aby w ogóle można było doprowadzić do głosowania, konieczne jest zebranie podpisów co najmniej 10 proc. uprawnionych do głosowania mieszkańców – w praktyce ponad 58 tysięcy. Według informacji przekazywanych przez komitet referendalny próg ten został przekroczony, a liczba podpisów w 24. dniu zbiórki dobiła do 70 tysięcy. To oznacza, że nawet przy naturalnej weryfikacji części podpisów margines bezpieczeństwa jest wyraźny. Ale sama liczba to tylko jedna część tej historii. Druga to skala zaangażowania. Podpisanie się pod wnioskiem referendalnym nie jest anonimowe. Wymaga podania danych osobowych. To decyzja świadoma, wymagająca wyjścia z domu, zatrzymania się przy stoliku, poświęcenia kilku minut. To akt polityczny w najbardziej elementarnym sensie tego słowa.

Śnieg i mróz nie zatrzymały zbiórki podpisów pod referendum w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego(Galeria) – Puls Krakowa

Referendum nazywane jest świętem demokracji, bo pozwala wspólnocie bezpośrednio wypowiedzieć się o władzy. Nie przez pośredników, nie przez komentarze w mediach, lecz wprost – przy urnie. Ale zanim do tej urny dojdzie, demokracja pokazuje swoje mniej wygodne oblicze. W Krakowie zbiórce podpisów towarzyszyły nie tylko rozmowy i dyskusje, ale także napięcia. Wolontariusze relacjonowali przypadki agresywnych reakcji, słownych ataków, prób zniechęcania do zbierania podpisów. Padały oskarżenia o „destabilizowanie miasta”, o „polityczną prowokację”, o „atak na demokratycznie wybraną władzę”. To moment, w którym trzeba postawić sprawę jasno: niezależnie od poglądów na temat referendum, atakowanie wolontariuszy korzystających z legalnego, konstytucyjnego prawa do inicjatywy referendalnej jest zaprzeczeniem ducha demokracji.

Demokracja nie polega na tym, że zgadzamy się tylko z tymi, którzy myślą tak jak my. Polega na tym, że uznajemy prawo drugiej strony do działania w granicach prawa. Zbieranie podpisów pod referendum jest takim działaniem. Jest elementem systemu, który ustawodawca przewidział właśnie po to, by wspólnota mogła zareagować w trakcie kadencji. Jeśli ktoś uważa referendum za błąd – ma pełne prawo to mówić. Ma prawo przekonywać, że miasto powinno spokojnie dokończyć kadencję. Ma prawo krytykować inicjatorów. Ale nie ma prawa zastraszać tych, którzy korzystają z legalnych narzędzi. Święto demokracji nie zawsze jest spokojne. Czasem jest próbą charakteru.

Czy za niebieską kamizelkę można zostać wyproszonym z tramwaju? MPK odpowiada

Przeciwnicy referendum podnoszą kilka powtarzających się argumentów. Po pierwsze – koszty. Organizacja referendum to realny wydatek z budżetu miasta. Po drugie – ryzyko niskiej frekwencji. W przypadku odwołania prezydenta próg ważności jest wysoki: do urn musi pójść co najmniej 3/5 liczby osób, które brały udział w jego wyborze. To ogromna mobilizacja. W przypadku Rady Miasta obowiązuje odrębny mechanizm frekwencyjny. Po trzecie – obawa przed polaryzacją. Referendum upraszcza złożone procesy zarządzania miastem do pytania „za czy przeciw”. Kampania może być ostra, emocjonalna, momentami brutalna.

To wszystko są argumenty poważne. Ale żaden z nich nie podważa samej idei referendum. Koszt demokracji jest wpisany w jej funkcjonowanie. Wybory też kosztują. Konsultacje społeczne kosztują. Przejrzystość i partycypacja nie są darmowe. Ryzyko niskiej frekwencji? Owszem. Ale to nie powód, by odbierać mieszkańcom narzędzie. To raczej wyzwanie: czy wspólnota potrafi zmobilizować się wtedy, gdy uznaje sprawę za istotną. Polaryzacja? Demokracja nie jest systemem ciszy. Jest systemem sporu rozstrzyganego w sposób pokojowy i sformalizowany. Referendum właśnie to umożliwia – przeniesienie konfliktu do urny wyborczej zamiast na ulicę.

Siedemdziesiąt tysięcy podpisów w 24 dni to nie jest kaprys. To dowód, że w Krakowie istnieje grupa mieszkańców, która chce skorzystać z przysługującego jej prawa. Czy to większość? Tego nie wiemy. Odpowiedź może dać dopiero ewentualne głosowanie. Ale już dziś wiadomo jedno: Kraków nie jest miastem obojętnym. Referendum – niezależnie od jego finału – jest momentem, w którym wspólnota przypomina sobie, że władza samorządowa nie jest dana raz na zawsze. Że mandat wyborczy nie oznacza braku kontroli. Że między jednymi a drugimi wyborami istnieje mechanizm korekty.

Można referendum krytykować. Można się z nim nie zgadzać. Można uznać je za niepotrzebne. Ale nie można odmówić mu jednego: jest legalnym, konstytucyjnym instrumentem demokracji bezpośredniej. A kiedy dziesiątki tysięcy ludzi decydują się z niego skorzystać – nawet w atmosferze napięcia i sporów – to znaczy, że demokracja wciąż działa. Czasem głośno. Czasem nerwowo. Ale działa.

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry