Robert De Niro w Krakowie, czyli Le Magistrat [Okiem Krakusa]

źródło: wikipedia

Notatki znaleziono przypadkiem w restauracji na lotnisku obok rachunku za espresso. Nie mamy pewności, czy to rzeczywiście zapiski Roberta De Niro, ale brzmią na tyle sensownie, że postanowiliśmy je opublikować — w końcu nawet jeśli nie napisał ich on, to mógłby – i miałby chyba sporo racji.

Znalezione w lotniskowej restauracji

Kochany pamiętniczku,

Dziś byłem w Krakowie. Piękne miasto. Wjechałem autem na rynek, chociaż wcześniej mówiono, że to niemożliwe. Nikt nie krzyczał, że zakaz. Może uznali, że skoro De Niro grał w „Taksówkarzu”, to mu wolno. Gdy przyjeżdżam gdzieś jako aktor, zazwyczaj jestem witany z honorami. Jednak pierwszy raz przyjęto mnie w taki sposób, gdy pojechałem gdzieś w charakterze inwestora. Zero spotkań z fanami, zero rozmów o filmach — wszystko kręciło się wokół planów budowy hotelu. Widocznie mało się tu buduje, bo przywitali mnie jak Galowie Rzymian, którzy przyszli budować kanalizację — i to mimo, że nie wziąłem ze sobą żadnego legionu.

Na rynku czekał na mnie wiceprezydent Mazur — sympatyczny i dobrze wychowany mężczyzna ze spojrzeniem człowieka, który wie, że uczestniczy w scenie trochę niezręcznej, ale stara się nadać jej sens. Wręczył mi prezent — płytę z muzyką Krzysztofa Pendereckiego. I to było piękne. Prawdziwie piękne. W tej groteskowej sytuacji pojawił się gest kultury, ton równowagi. Jakby prezydent Mazur próbował uratować całą scenę napisaną raczej w sąsiednim gabinecie, dopisując do niej nutę powagi i sztuki. I, pamiętniczku, to się mu naprawdę udało.

Ten wjazd na rynek wzbudził we mnie mieszane uczucia. Jestem skromnym człowiekiem i nie potrzebuję takich przywilejów. Jednak moi współpracownicy mówią, że powinienem nie marudzić, tylko cieszyć się, że ludzie o postawie wasalnej będą rozpatrywali moje sprawy urzędowe w tym mieście — przynajmniej można liczyć, że każda decyzja zapadnie z odpowiednim ukłonem.

Business is business, ja jednak nadal próbuję zrozumieć, skąd takie poruszenie. To przecież nie film o ratowaniu świata. Inwestycja jakich wiele — żadnego strategicznego znaczenia, żadnego nowego mostu ani fontanny śpiewającej hejnał. A jednak witali mnie jak wybawiciela, co zstąpił z ekranu, by odkupić grzechy urzędników.

Tymczasem, jak mi doniesiono, nikt tak nie witał tych, którzy zamienili straszącego od dekad Szkieletora w elegancki wieżowiec (widziałem go w Krakowie czterdzieści lat temu, podczas mojej ostatniej wizyty — wtedy byłem tu jako aktor). Ale nie — tam nie było fleszy ani napisów „Welcome, Mr. De Niro”. Choć z drugiej strony — jak miałyby być, skoro inwestorzy mieli inne nazwiska?

Co zapamiętam z tej wizyty najbardziej? Otóż oni tu, w Krakowie, ratusz nazywają magistratem. Brzmi poważniej, prawda? Dla mnie to trochę jak z tym „Big Mac” i „Le Big Mac” w Pulp Fiction — niby to samo, tylko inaczej nazwane, żeby lepiej wpisywało się w lokalny koloryt. Muszę o tym porozmawiać z Quentinem. Może coś wspólnie tu nakręcimy. Polscy koledzy robili tu ostatnio film (Vinci 2) i mówili, że w „magistracie” jest człowiek, który za darmo przyjmuje rolę statysty.

Następny wpis już wkrótce,

Twój Bob

Od autora

Powyższych słów nie napisał Robert De Niro. Ale chyba nikogo by nie zdziwiło gdyby myślał podobnie.

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry