Po ponad dekadzie oczekiwania tor motocyklowo-samochodowy przy ul. Kosiarzy niespodziewanie przyspieszył tuż przed referendum dotyczącym odwołania władz Krakowa. Miasto rozpoczęło przygotowania do opracowania dokumentacji projektowej. Kilka dni po zmianie władzy w magistracie usłyszeliśmy jednak, że inwestycja za około 35 mln zł trafia do kosza.
Przez lata tor motocyklowo-samochodowy był jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli niezrealizowanych projektów Budżetu Obywatelskiego. Mieszkańcy wybrali go jeszcze w 2015 roku. Wówczas mówiono o inwestycji za około 3 mln zł. Projekt miał służyć kierowcom i motocyklistom jako miejsce doskonalenia techniki jazdy oraz bezpiecznych szkoleń.
Mijały jednak kolejne lata, a tor pozostawał wyłącznie na papierze. Zmieniały się władze miasta, zmieniały się ceny materiałów budowlanych, zmieniały się plany dotyczące terenów Rybitw i Płaszowa. Jedno pozostawało niezmienne – zwycięski projekt Budżetu Obywatelskiego nie był realizowany.
Wiosną tego roku sytuacja niespodziewanie zaczęła się jednak zmieniać. Na początku kwietnia Zarząd Infrastruktury Sportowej ogłosił przetarg na przygotowanie dokumentacji projektowej. Nie był to jeszcze przetarg na budowę, ale pierwszy od dawna realny krok w stronę realizacji inwestycji. Miasto chciało uzyskać dokumentację, decyzje administracyjne i odpowiedzi na pytania dotyczące możliwości budowy toru przy ul. Kosiarzy.
W tym samym czasie trwała kampania przed referendum dotyczącym odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Mimo licznych wątpliwości sprawa nie została zatrzymana. Wręcz przeciwnie – w ostatnich tygodniach przed referendum temat toru wyraźnie przyspieszył. Miasto ogłosiło przetarg na przygotowanie dokumentacji projektowej, a sam Aleksander Miszalski zaczął przypominać o inwestycji, która przez lata pozostawała jedynie niezrealizowaną obietnicą Budżetu Obywatelskiego. Można było odnieść wrażenie, że po ponad dekadzie oczekiwania projekt wreszcie wchodzi w fazę realizacji.
Problem polegał na tym, że od czasu głosowania mieszkańców zmieniło się praktycznie wszystko. Projekt wybrany przez krakowian był szacowany na około 3 mln zł. Tymczasem dziś urzędnicy mówią już o inwestycji wartej około 35 mln zł. Znaczną część tej kwoty pochłonąć ma nie sam tor, lecz budowa infrastruktury towarzyszącej, w tym drogi dojazdowej. Równocześnie przez ostatnie lata zmieniło się otoczenie planowanej inwestycji. Obszar Rybitw i Płaszowa coraz częściej przedstawiany jest jako przyszły teren rozwoju mieszkaniowego i usługowego. Pojawiają się kolejne inwestycje, a miasto przygotowuje plany przekształcenia tej części Krakowa. Pojawiły się również pytania o hałas, ruch samochodowy oraz wpływ toru na przyszłych mieszkańców tej części miasta. Pisaliśmy o tym w osobnym tekście:
Co istotne, nie były to nowe argumenty. Wszystkie te informacje były znane jeszcze przed referendum. Wiadomo było, ile może kosztować inwestycja. Wiadomo było, że będzie wymagała dodatkowej infrastruktury. Wiadomo było również, że lokalizacja budzi kontrowersje. Mimo to procedura była kontynuowana.
Kilka dni później sytuacja zmieniła się diametralnie. Po referendum, które zakończyło się odwołaniem Aleksandra Miszalskiego, temat toru wrócił podczas nadzwyczajnej sesji Rady Miasta Krakowa zwołanej już przez nowego komisarza. Funkcję tę pełni obecnie Stanisław Kracik – były zastępca Aleksandra Miszalskiego, który po referendum został wyznaczony przez premiera Donalda Tuska do kierowania Krakowem do czasu przedterminowych wyborów.
To właśnie podczas tej sesji po raz pierwszy od wielu miesięcy dominującym tematem nie było to, jak doprowadzić inwestycję do realizacji, ale czy w ogóle warto jeszcze ją realizować. Radni PiS przekonywali, że Krakowa nie stać dziś na wydatek szacowany na około 35 mln zł. Michał Ciechowski zwracał uwagę, że od czasu głosowania w Budżecie Obywatelskim zmieniły się zarówno możliwości finansowe miasta, jak i oczekiwania mieszkańców. Przypominał również, że samorząd podejmuje działania mające ograniczać hałas, a jednocześnie rozważa realizację inwestycji, która może generować dodatkowe uciążliwości dla okolicznych terenów. Jeszcze ostrzej sprawę stawiał Mariusz Kękuś. Pytał, czy mieszkańcy, którzy w ostatnich latach musieli zaakceptować podwyżki cen biletów komunikacji miejskiej, opłat parkingowych czy kosztów gospodarowania odpadami, rzeczywiście oczekują wydania dziesiątek milionów złotych na tor motocyklowo-samochodowy.
Podobne stanowisko prezentowali radni Krakowa dla Mieszkańców. Łukasz Gibała przypominał, że przed laty popierał ideę budowy toru szkoleniowego, ale dotyczyło to projektu w innej lokalizacji i za zupełnie inne pieniądze. Jego zdaniem nie można traktować głosowania nad inwestycją za około 3 mln zł jako zgody na realizację przedsięwzięcia kosztującego dziś ponad dziesięć razy więcej. Agnieszka Łętocha zwracała uwagę, że przez ostatnią dekadę całkowicie zmieniło się otoczenie planowanej inwestycji. Obszar Rybitw i Płaszowa coraz częściej wskazywany jest jako teren przyszłego rozwoju mieszkaniowego i usługowego, co rodzi pytania o zasadność lokalizowania tam toru.
Z drugiej strony nie brakowało głosów przypominających, że tor nie jest pomysłem urzędników, lecz projektem wybranym przez mieszkańców. Grzegorz Stawowy z Koalicji Obywatelskiej przypominał petycje i interpelacje dotyczące budowy obiektu. Natomiast Łukasz Filipiak, autor zwycięskiego projektu Budżetu Obywatelskiego, argumentował, że mieszkańcy już raz opowiedzieli się za budową toru, a sam obiekt miał mieć przede wszystkim charakter szkoleniowy i służyć poprawie bezpieczeństwa kierowców oraz motocyklistów.
Filipiak przekonywał również, że budżet obywatelski był formą konsultacji społecznych, a rekordowe poparcie dla projektu powinno być nadal brane pod uwagę przez władze miasta. Wskazywał, że znaczna część wzrostu kosztów wynika z rozbudowania inwestycji przez miasto oraz konieczności budowy drogi dojazdowej. Podkreślał również, że środowisko zwolenników toru nie przywiązuje się do konkretnej lokalizacji, a zależy mu przede wszystkim na powstaniu takiego obiektu w Krakowie.
Dyskusja momentami przypominała spór o wiarygodność samego Budżetu Obywatelskiego. Zwolennicy realizacji inwestycji przekonywali, że rezygnacja będzie oznaczała wysłanie mieszkańcom sygnału, iż nawet zwycięskie projekty mogą nigdy nie doczekać się realizacji. Przeciwnicy odpowiadali, że nie można bezrefleksyjnie realizować projektu sprzed jedenastu lat tylko dlatego, że kiedyś wygrał głosowanie, zwłaszcza gdy jego koszt wzrósł ponad dziesięciokrotnie.
Mimo tych argumentów z przebiegu debaty można było odnieść wrażenie, że decyzja została już podjęta. Najpierw Stanisław Kracik poinformował, że nie zamierza występować do rady o zwiększenie środków na dokumentację projektową. W budżecie zapisano milion złotych, tymczasem jedyna oferta złożona w przetargu wynosiła około 1,6 mln zł. Później sekretarz miasta Antoni Fryczek przekazał stanowisko komisarza w sposób niepozostawiający miejsca na interpretacje – Jestem po konsultacji z panem prezydentem. Wsłuchując się w to, co pada na tej sali, powiem wprost: ten projekt nie będzie realizowany – oświadczył.
W ten sposób zakończyła się historia inwestycji, która jeszcze kilka tygodni wcześniej była przedstawiana jako jeden z projektów wracających do życia po latach administracyjnego uśpienia. Można oczywiście dyskutować, czy decyzja jest słuszna. Trudno jednak nie zauważyć pewnego paradoksu. Argumenty, które dziś doprowadziły do rezygnacji z budowy toru, były znane już wcześniej. Koszt inwestycji nie wzrósł nagle po referendum. Nie zmieniła się również lokalizacja ani charakter planowanego obiektu.
Zmieniła się natomiast władza w magistracie. Jeszcze przed referendum mieszkańcy słyszeli, że po latach oczekiwania projekt wreszcie zaczyna być procedowany. Kilka dni po odwołaniu Aleksandra Miszalskiego i jego zastępców nowi gospodarze miasta uznali, że inwestycja za około 35 mln zł nie będzie realizowana.





















