Wisła Kraków wraca z Opola tylko z jednym punktem. Lider Betclic I ligi zremisował z Odrą 1:1, choć jeszcze przed pierwszym kwadransem mecz wywrócił mu się organizacyjnie po dwóch wymuszonych zmianach. To nie jest wynik, który wywoła panikę przy Reymonta, ale to też nie był występ drużyny, która bezdyskusyjnie miała rozjechać ligę do samej mety.
Wisła Kraków pojechała do Opola jako wyraźny faworyt. Lider Betclic I ligi regularnie punktuje i od kilku tygodni buduje coraz większe poczucie, że marsz do PKO BP Ekstraklasy jest już nie tyle planem, co po prostu kolejnym etapem sezonu. Takie mecze jak ten z Odrą miały być właśnie częścią tej układanki: trudny teren, ambitny rywal, ale ostatecznie kolejna zdobycz, która przybliża awans.
Tymczasem z Opola krakowianie wywieźli tylko remis 1:1. Niby nic dramatycznego, bo jeden punkt na wyjeździe nie wywraca tabeli i nie zmienia układu sił w lidze. Ale przebieg tego spotkania pokazał, że nawet lider może nagle znaleźć się w meczu, który nie idzie po jego myśli właściwie od pierwszych minut. A wtedy przewaga w tabeli niewiele pomaga.
Odra przystępowała do tego spotkania po zmianie trenera. Jarosława Skrobacza zastąpił Piotr Plewnia, a nowy impuls zaczął już przynosić efekty. Opolanie pokonali 3:2 Znicz Pruszków, a potem zremisowali 1:1 z ŁKS-em. Mecz z Wisłą miał być dla nich testem znacznie poważniejszym, ale jednocześnie idealnym momentem, by pokazać, że ta drużyna po zmianach naprawdę zaczyna się odbudowywać. Spotkanie miało też swój dodatkowy kontekst. Dla Odry był to pierwszy mecz u siebie od 1 marca, dla Wisły pierwszy wyjazd od 15 lutego. Krakowianie mieli co prawda w międzyczasie zaplanowane spotkanie we Wrocławiu, ale ostatecznie do niego nie doszło. W Opolu musieli więc wrócić do wyjazdowego rytmu i szybko się okazało, że nie będzie to spokojne popołudnie.
Mecz zaczął się źle dla Wisły. Dwie kontuzje przed 15. minutą
Największy problem Wisły pojawił się bardzo wcześnie. Jeszcze zanim mecz zdążył wejść w normalny rytm, Mariusz Jop musiał dokonać dwóch wymuszonych zmian. Z powodu kontuzji z boiska zeszli Jordi Sanchez i Maciej Kuziemka. Dla lidera ligi był to wyraźny cios, bo takie korekty już na starcie rozbijają plan na mecz, zmieniają sposób gry i odbierają drużynie komfort.
W miejsce Sancheza wszedł Angel Rodado, lider klasyfikacji strzelców pierwszoligowych rozgrywek. Kuziemkę zastąpił Marko Bozić. I właśnie ten drugi zmiennik miał za chwilę odegrać ważną rolę. Zanim jednak Wisła zdołała posprzątać chaos po zmianach, Odra zdołała wykorzystać swój moment.
Przez długi czas pierwsza połowa nie przynosiła konkretów pod obiema bramkami, ale w końcu mecz przyspieszył. W 35. minucie gospodarze objęli prowadzenie. Po krótkim rozegraniu rzutu rożnego Szymon Mida posłał piłkę w pole karne, a Adrian Purzycki świetnie odnalazł się w tej sytuacji i głową pokonał Patryka Letkiewicza. Itaka Arena wybuchła z radości, bo Odra nie tylko przeciwstawiała się faworytowi, ale realnie zaczęła ustawiać sobie ten mecz.
Radość gospodarzy trwała jednak bardzo krótko. Wisła odpowiedziała niemal natychmiast. Już w 37. minucie Marko Bozić doprowadził do remisu, finalizując akcję precyzyjnym strzałem. To był ważny moment dla krakowian, bo gdyby Odra utrzymała prowadzenie do przerwy, psychologiczna przewaga mogłaby być po jej stronie jeszcze wyraźniejsza.
Gol Bozicia nie zmienił jednak całkowicie obrazu spotkania. Wisła nie przejęła nagle pełnej kontroli, nie zamknęła rywala na jego połowie, nie zaczęła seryjnie tworzyć sytuacji. To wciąż był mecz szarpany, wyrównany i daleki od scenariusza, w którym lider tabeli po prostu robi swoje. Remis do przerwy oddawał przebieg gry całkiem uczciwie, ale nie był dla gości sygnałem uspokajającym.
Po przerwie Odra postawiła się liderowi. Wisła nie potrafiła tego przełamać
Druga połowa nie przyniosła kolejnych bramek, ale wcale nie była pozbawiona napięcia. Problem Wisły polegał na tym, że nie potrafiła zamienić swojej pozycji w tabeli na realną przewagę na boisku. Owszem, nie wyglądała jak drużyna rozbita, ale też trudno było powiedzieć, że jest o krok od zadania decydującego ciosu.
Odra bardzo dobrze funkcjonowała w defensywie i nie pozwalała krakowianom na tworzenie klarownych sytuacji. To właśnie gospodarze sprawiali momentami wrażenie zespołu bardziej uporządkowanego, bardziej konsekwentnego i lepiej odnajdującego się w charakterze tego meczu. Nie było w tym przypadku. Opolanie grali z dużą energią, potrafili utrzymać intensywność i nie dali się zepchnąć do roli statystów.
Co więcej, to Odra była bliżej zdobycia zwycięskiej bramki. W końcówce meczu Patryk Letkiewicz musiał ratować Wisłę po groźnych uderzeniach Tomasa Prikryla i Filipa Kupczyka. Wcześniej krakowski bramkarz miał też sporo szczęścia po rzucie wolnym Krystiana Palacza. Sama sytuacja była dla gości nieprzyjemna, a dobitka Michała Feliksa tylko minimalnie minęła bramkę. To były fragmenty, w których remis mógł się dla lidera skończyć znacznie gorzej.
Z perspektywy Wisły ten mecz trzeba więc oceniać szerzej niż tylko przez sam wynik. Jeden punkt na trudnym terenie nie brzmi źle, ale przebieg spotkania nie daje wielu argumentów do przesadnego zadowolenia. Lider z Krakowa przez znaczną część meczu nie potrafił narzucić własnych warunków, a po przerwie bardziej bronił się przed stratą niż konsekwentnie szukał zwycięstwa.
To oczywiście nie oznacza, że Wisła nagle wchodzi w kryzys. Wciąż jest drużyną najlepiej punktującą w lidze, wciąż ma argumenty piłkarskie i kadrowe, by utrzymać pozycję faworyta do awansu. Ale sobotni mecz w Opolu był przypomnieniem, że końcówka sezonu nie będzie spacerem. Zwłaszcza jeśli od początku trzeba reagować na problemy zdrowotne, a rywal akurat trafia na swój dobry dzień.
Dla Odry ten remis to sygnał, że zespół po zmianie trenera rzeczywiście zaczął łapać właściwy kierunek. Gospodarze nie przestraszyli się lidera, nie ograniczyli się do bronienia wyniku i przez długie fragmenty potrafili grać tak, jakby to oni byli drużyną bardziej pewną siebie. Na tle Wisły wypadli dojrzale, agresywnie i konsekwentnie. Wisła z kolei zrobiła w Opolu tylko mały krok w stronę Ekstraklasy. Tabeli tym remisem sobie nie zawaliła, ale też nie wysłała rywalom sygnału, że zamierza zamknąć temat awansu jak najszybciej. Przy Reymonta nikt nie będzie dziś rozdzierał szat, ale to był mecz, po którym można mówić raczej o straconej okazji niż o dobrze wykonanym zadaniu.
Po przerwie reprezentacyjnej Odra zagra na wyjeździe ze Stalą Rzeszów, a Wisła podejmie u siebie Górnika Łęczna. Dla krakowian będzie to dobra okazja, by wrócić na zwycięski kurs i pokazać, że opolski remis był tylko pojedynczym zgrzytem, a nie zapowiedzią nerwowej końcówki sezonu.





















