Wisła Kraków zaczęła rundę wiosenną od nerwów i kompromitującego błędu, ale skończyła wieczór w roli drużyny, która nawet potknięcia potrafi zamienić w argument za awansem. Mecz z GKS Tychy na Synerise Arenie był tego najlepszym przykładem.
Piątkowe spotkanie 20. kolejki Betclic 1 Liga miało być dla Wisły formalnością. Lider tabeli podejmował zespół ze strefy spadkowej, prowadzony przez Łukasz Piszczek, który wciąż szuka punktów i stabilizacji. Tymczasem już w 18. minucie stadion zamilkł. Nieporozumienie w defensywie gospodarzy, fatalne rozegranie pod własną bramką i piłka trafiła pod nogi Bartłomieja Barańskiego. Strzał był prosty, sytuacja wręcz prezentowa – GKS objął prowadzenie, a Wisła sama wpędziła się w kłopoty.
Ten gol zamiast podciąć skrzydła, zadziałał jak zimny prysznic. Krakowianie przyspieszyli, podkręcili tempo i zaczęli regularnie gościć pod polem karnym rywali. Kluczowe okazały się stałe fragmenty i dośrodkowania. W 28. minucie Maciej Kuziemka dopadł do piłki po centrze Frederico Duarte i precyzyjnym strzałem głową wyrównał. Dwie minuty później historia się powtórzyła: to samo skrzydło, podobne dośrodkowanie i znów Kuziemka, który uprzedził obrońców. W ciągu trzech minut Wisła nie tylko odrobiła straty, ale wyszła na prowadzenie.
Po tej sekwencji GKS wyraźnie stracił rytm. Próby odpowiedzi były chaotyczne, a Wisła – choć nie bezbłędna – kontrolowała przebieg gry. Po przerwie obraz meczu się nie zmienił: więcej piłki po stronie gospodarzy, więcej spokoju i cierpliwego szukania trzeciego gola. Ten padł w 72. minucie. Dośrodkowanie Ertlthalera znalazło Wiktora Biedrzyckiego, który skutecznym uderzeniem głową zamknął spotkanie.
Końcówka przyniosła jeszcze jeden absurdalny akcent. Wisła grała w osłabieniu po czerwonej kartce dla Szymona Kawały, który ledwo pojawił się na boisku, a już musiał je opuścić. Nawet to nie wpłynęło jednak na wynik. GKS nie był w stanie realnie zagrozić bramce gospodarzy, a mecz zakończył się wynikiem 3:1.
Dla Wisły to zwycięstwo ma wymiar nie tylko punktowy. Lider ligi znów pokazał, że potrafi reagować na własne błędy i szybko odzyskiwać kontrolę nad wydarzeniami. GKS Tychy pozostaje w strefie spadkowej, a czas na „nowy impuls” pod wodzą Piszczka wciąż ucieka. W Krakowie nikt już nie ukrywa, że droga do Ekstraklasy jest coraz bardziej wybrukowana – nawet jeśli czasem prowadzi przez bardzo dziwne momenty.





















