„Zmiana czasu nie przynosi niczego pozytywnego, tylko szkodzi”

Dwa razy w roku Polacy wspólnie cofają czas. Dosłownie. Jedni ziewają, inni przeklinają, a reszta nawet tego nie zauważa, bo ich telefony dawno nauczyły się myśleć za nich. I tylko przez chwilę, między sobotnią północą a niedzielnym porankiem, cała Polska żyje w dwóch wymiarach: w jednym jest trzecia, w drugim wciąż druga. Gdyby ktoś przyjechał z zewnątrz, pomyślałby, że to kolejny eksperyment z czasu PRL-u – wtedy też wszystko działo się „z przesunięciem”.

W tym roku głos w sprawie zabrał wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. Napisał krótko i dosadnie: „Zmiana czasu nie przynosi niczego pozytywnego, tylko szkodzi. Pora wreszcie odejść od niepotrzebnego i szkodliwego przestawiania zegarków – i w Polsce, i w całej UE!” Trudno nie przyznać mu racji — choć trzeba też uczciwie powiedzieć, że nie on pierwszy wpadł na ten pomysł. Od lat politycy wszystkich opcji zgodnie uważają, że coś trzeba z tym zrobić. I równie zgodnie nic z tym nie robią.

Owszem, kiedyś miało to sens. Wymyślono, że dzięki zmianie czasu będziemy lepiej wykorzystywać światło dzienne i oszczędzać energię. W epoce węgla, lamp naftowych i 60-watowych żarówek mogło to brzmieć rozsądnie. Dziś, gdy lodówka, router i ekspres do kawy pracują bez przerwy, a biura i sklepy toną w sztucznym świetle, cała ta logika trzyma się mniej więcej tak dobrze, jak kalendarz ścienny z reklamą elektrowni w Bełchatowie.

TYLKO U NAS: Co się stanie, gdy dług Krakowa przekroczy 9,5 miliarda złotych?

Ale nic w Polsce nie jest proste. Zaraz znajdzie się ktoś, kto powie, że zmiana czasu to tradycja, że „tak jest od zawsze” i że „na Zachodzie też tak mają”. I rzeczywiście — mają. Z tym że na Zachodzie już siedem lat temu postanowiono z tym skończyć. Komisja Europejska zaproponowała wtedy, by każdy kraj wybrał jeden czas — letni albo zimowy — i przy nim został. Europarlament się zgodził, obywatele przyklasnęli, a potem wszystko utknęło w szufladach rządów. Od tamtej pory czas wciąż się zmienia, ale decyzje — nie.

W Polsce próbowano temat ruszyć. Posłowie PSL złożyli w Sejmie projekt ustawy, który zakładałby pozostanie przy czasie letnim środkowoeuropejskim przez cały rok. W konsultacjach społecznych 96 procent uczestników było za. Trudno o większy konsensus — w kraju, w którym potrafimy się pokłócić o kierunek wkręcania żarówki. A jednak i ten pomysł ugrzązł w proceduralnym niebycie.

Tymczasem każda taka zmiana to nie tylko przesunięcie wskazówek. To również rozregulowanie rytmu dnia, snu i pracy. Lekarze od lat przypominają, że organizm potrzebuje kilku dni, by przyzwyczaić się do nowego rytmu, a skutki potrafią być porównywalne z łagodnym jet lagiem. Dla jednych to drobiazg, dla innych – realny problem. Zwłaszcza dla tych, którzy w poniedziałek o szóstej rano muszą wstać do pracy i odkryć, że ich zegar biologiczny jest jeszcze w sobotę.

Są też argumenty czysto praktyczne. Wystarczy prześledzić komunikaty PKP z niedzieli, żeby zobaczyć, jak wiele pociągów musi „stać godzinę” na stacji, czekając, aż czas nadgoni sam siebie. Cóż, może to jedyny moment w roku, gdy polska kolej naprawdę się nie spóźnia.

Niektórzy politycy – choć rzadko w tej sprawie szczególnie aktywni – od lat powtarzają, że problem jest błahy. Mateusz Morawiecki w 2019 roku mówił, że „to decyzja, którą należy zostawić Unii Europejskiej”, Donald Tusk wcześniej uznał, że „nie jest to temat najwyższej wagi”. I rzeczywiście — nie jest. Ale czy wszystko, co nieważne, trzeba utrzymywać tylko dlatego, że trwa?

Pewnie łatwiej byłoby zostawić wszystko jak jest. Cofnąć zegarek, napić się kawy i uznać, że taka kolej rzeczy. Tyle że ta „kolej rzeczy” od dawna stoi w miejscu. Europa nie potrafi się zdecydować, czy chce żyć w czasie letnim, czy zimowym, a my – jak zwykle – czekamy, aż ktoś zdecyduje za nas.

Zgadzam się z Kosiniakiem-Kamyszem: zmiana czasu niczego dobrego już nie przynosi. To relikt epoki, w której światło dzienne było luksusem, a oszczędność energii polegała na wcześniejszym gaszeniu lampy. Dziś liczymy raczej godziny snu niż kilowaty. I może właśnie dlatego warto skończyć z tym absurdalnym udawaniem, że cofnięcie zegarka cokolwiek zmienia.

Bo gdy tak o tym pomyśleć, to może rzeczywiście szkoda już czasu – nie tylko na zmianę czasu, ale i na udawanie, że to w ogóle ma jeszcze jakikolwiek sens.

Nie przegap najważniejszych informacji z Krakowa. Zapisz się do naszego newslettera już teraz!

Przewijanie do góry